Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2018

Od November - Ostatnie życzenia

Obudziłam się z bólem głowy. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarzało. Pesymizm, introwertyzm? Niewątpliwie. Zapytajcie nieszczęsnego śmiałka, rycerza na białym koniu - Whatevera. Wypadałoby przeprosić, ale to bycie introwertyczką, a w dodatku duma osobista...
Coraz częściej zdaje mi się, że nie jestem dość dobrą osobą na moje stanowisko. Matka w snach nie ma już szerokiego uśmiechu, a o moich kontaktach z innymi członkami Sfory lepiej nic nie mówić.
Z każdego miejsca wygląda na mnie wspomnienie z Whateverem. Nawet, jeśli go gdzieś nie było, i tak o nim myślę. Denerwujące. 
Dużo czasu spędzam w łóżku, albo na zwiedzaniu i czyszczeniu ogromnej jaskini mamy. Jak ona mogła w tym mieszkać? Pewnie trzech czwartych nie sprzątała. Zostawiła całkiem sporo rzeczy, najbardziej jednak poruszył mnie list, zaadresowany do dziecka Lastrady i Marvela. Do mnie.
Ustaliłam, że co najmniej co trzeci dzień będę chodzić na długi spacer. Któregoś dnia zawędrowałam nad miejsce, w którym dostałam naszyjnik od Whatevera. 
- To dobry pies, a w dodatku taki kochany... - mruknęłam, starając się, by te słowa zabrzmiały przekonująco. Whatever jest dobry. 
Byłby dobrą Gammą.
Ta myśl nadpełzła z nadmiernego roztkliwienia się na temat Whatevera, zanim zdążyłam ją powstrzymać. Nie, nie, nie. Przecież już o tym myślałam.
Czy ty naprawdę myślałaś?
Czasem mam wrażenie, że w środku mojego pustego przecież łba mieszka wredne, uparte psisko, myślące to, czego myśleć nie powinnam.
- Dobra, dobra... - westchnęłam. 
Właśnie zgodziłam się na zniszczenie sobie, młodej, słodkiej dwulatce, życia. W imię czego? Spokoju we własnym, pełnym urojeń łbie. Hej, to on jednak nie jest pusty?
Może być mały kłopot z wykonaniem, ale to pestka. Zdeterminowanie wszystko zwycięży.
Wykąpałam się i rozczesałam futro. Kilka kropli olejku różanego dodatkowo dodało mi uroku. Tak wyekwipowana mogłam ruszyć do Whatevera.
Ding, dong! - zawołałam śpiewnie, pukając do jego jaskini. Border otworzył z bardzo zaskoczoną miną.
- Cześć. Co cię tu sprowadza? - zapytał niepewnie, lustrując mnie wzrokiem. Nagle drgnął i zaprosił mnie do środka. Minęłam próg i usiadłam.
- Whaty... - mruknęłam pociągle. Uniósł jedną brew do góry. 
- Tak, Novy? - odparł z cieniem uśmiechu. Gestem myśli spróbowałam uspokoić skręcony żołądek i odetchnęłam.
- Czy ja ci się... podobam? - zapytałam, prosto z mostu i na dodatek z głupim uśmiechem. Cóż, jak kocha, to nie ucieknie, prawda?
Pies zamarł. Jego ciemne oczy rozwarły się szerzej, a spojrzenie uciekło byle dalej ode mnie.
No... Ummm... - jęknął, spuszczając głowę jeszcze niżej.
Whaty? - ponagliłam cicho, podchodząc bliżej.
- Tak - wymamrotał cichutko, kuląc się jeszcze bardziej. 
Zmusiłam się, żeby dotknąć jego miękkiego czoła nosem.
Ja ciebie też - szepnęłam wprost do jego ucha.
Uniósł nieśmiałe spojrzenie. Mi powoli kończyły się pomysły, jakie uczucia powinnam odgrywać. Co czułam? Nic, jeśli nie liczyć narastającej paniki.
Czy chcesz, żebym cię o coś zapytał? - spytał łamiącym się, może ze wzruszenia?, głosem.
- Tak... - szepnęłam, kiwając głową. Odetchnął głęboko.
- November, czy zechciałabyś być moją partnerką? 
- Tak! - pisnęłam, starając się z całych sił wyglądać na wzruszoną i zakochaną.
Wtuliłam się w niego, tylko po to, żeby dać na moment odpocząć mięśniom pyska. 
- Whaty... - mruknęłam.
Tak, Novy?
- Wiesz, że jesteś teraz samcem Gamma? - spytałam, wlepiając w niego spojrzenie.
- Najważniejsze dla mnie jest, że mam ciebie, kochanie - odpowiedział czule. Przygryzłam wargę.
- Jeśli ci to nie przeszkadza, mogłabym pójść na godzinę do siebie? Postaram się spakować... - szepnęłam, czując rosnącą gulę w gardle. To się zbliżało.
- Dobrze, Novy. Wrócisz do mnie na noc, czy zostaniesz u siebie?
- U siebie - zadecydowałam szybko. - Pójdziesz mnie rano odwiedzić?
- Oczywiście, jeśli chcesz... - uśmiechnął się.
- Do zobaczenia jutro, Whatever.
- Do zobaczenia, kochanie.
Opuściłam jego dom. Powinnam odetchnąć z ulgą, ale z każdą chwilą coraz mocniej się trzęsłam.
- A może by tak żyć dalej jako jego partnerka? - szepnęłam do siebie.
On mnie naprawdę kochał, problem był w tym, że ja jego nie i nie widziałam na to nadziei.
Stanęłam przed jaskinią mojej matki. Na sporym kawałku papieru napisałam list.

Drogi Whateverze,
Wybacz. Nie mogłam inaczej. Zawsze wiedziałam, że byłbyś lepszym Gammą ode mnie. Dzisiaj postanowiłam dać spokój.
Proszę, ułóż sobie życie z kimś, kto będzie cię kochał. Ja tego nie czułam. Proszę, bądź szczęśliwy. Nie płacz za mną.
Żal mi opuszczać te miejsca, których nawet dobrze nie poznałam. Matka się nie cieszy. Według niej powinnam pozostać tu z tobą, ale ja wiem, że jest inaczej.
Żegnaj, panie Takes.
Żegnaj, drogi Whateverze.
Żegnajcie wszyscy.
Moje ciało czeka w sypialni, dusza zaś pozostanie z wami na zawsze.

Położyłam list przed drzwiami. Bałam się jak nigdy dotąd. Poszłam do pomieszczenia, które służyło mi za sypialnię. Uniosłam krótki sztylet, ostatni raz zapłakałam, spojrzałam w okno i wbiłam go w siebie.
To był mój koniec.


The End.
List do wszystkich jest w postach roboczych. 
Pamiętajcie, żeby usunąć moje imię i wstawić tam Whatevera. Niestety moja nikła ilość władzy od Hamiltonka mi na to nie pozwala.

czwartek, 1 marca 2018

Od Commanda - CD Elizabeth

Sytuacja była beznadziejna. Zostałem uwięziony w jednym miejscu z prawie obcą suczką, której nie mogłem zostawić. Mimo że nie zależało mi na niej, nie potrafiłem zostawić kogoś samego w takim stanie. Czułem się za nią odpowiedzialny, chociaż nie powinienem... Wpatrywałem się w ogień, po czym spojrzałem na moją towarzyszkę. Wyglądała coraz słabiej, a ja nie wiedziałem, co mogę zrobić...  W ogóle nie powinno mnie tu być. Mogłem nie zbliżać się do tych terenów, a wtedy cała sprawa nie miała by miejsca.
- Elizabeth? - mruknąłem, gdy nagle jej głowa opadła z hukiem na ziemię. Zdecydowanie nie było to zamierzone. Z odległości dwóch metrów czułem napięcie w jej ciele i strach. Oddychała ciężko i z trudem, nie patrząc na mnie. Moje nozdrza wypełniał nieprzyjemny zapach krwi i bólu. Musiałem coś zrobić, zareagować.
- Elizabeth? - podniosłem się z ziemi i w kilku marnych susach znalazłem się przy suczce. Była półprzytomna, a rana z jej łapy krwawiła coraz mocniej. Po chwili nie miałem już z nią kontaktu. Przez chwilę przeszła mi przez myśl straszna wizja, że ona zaraz tu umrze i to z mojej winy, ktoś ze sfory mnie tu znajdzie i będę miał przerąbane do końca życia. - Elizabeth! - potrząsnąłem nią, a moja sierść zabarwiła się na czerwono od ciemnej, lepkiej krwi spływającej po ciele Elizabeth.
- Co tu się dzieje? - Miałem wrażenie, że moje serce na chwilę przestało bić. Zamarłem, a nieznajomy głos dobiegł do moich uszu i sprawił, że byłem już pewny swojego losu. Odwróciłem się i ujrzałem nieco wyższego ode mnie psa przypominającego aussie. W ogóle nie przypominał mojej nowej znajomej, lecz łączyło ich jedno. Z pewnością nie był zachwycony moją obecnością. Kiedy dostrzegł leżącą obok mnie Elizabeth, otworzył szerzej oczy i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Po chwili jego wzrok zamienił się w mordercze spojrzenie, sugerujące wyzwanie do walki. - Kim jesteś? - warknął. - I co najlepszego zrobiłeś? - wydusił. Na szczęście szybko wrócił jego rozsądek i zajął się suczką. Odsunąłem się, gdy do niej podszedł. Instynkt kazał mi uciekać... ale tego nie zrobiłem. Czy nie byli to przypadkiem członkowie sfory, o której mówiła Elizabeth...?
- To nie moja wina. - obroniłem się. - Może byś jej pomógł, co? - burknąłem. Nie odpowiedział, tylko wziął ją na grzbiet i odwrócił się w moją stronę. Spojrzał na coś, co znajdowało się za mną, ale gdy się obejrzałem, nic tam nie było. Po chwili jednak zza krzaków wyłonił się duży wilk, który o mało co się na mnie nie rzucił.
- Stop. - rzekł ze spokojem drugi pies. - Na razie zabierzemy stąd Elizabeth i przeniesiemy do Whatevera. Później się nim zajmiemy.
Wilk skinął głową. Posłałem mu niechętne spojrzenie. Za dużo psów jak na jeden raz. Wcale nie miałem ochoty z nimi tutaj być, jednak było już za późno na ucieczkę. Obaj mieli więcej siły niż ja, poza tym moja bezużyteczna łapa nie pozwoliłaby mi na zbyt długi i szybki bieg. Westchnąłem głęboko i w ciszy ruszyłem za nimi. Ku mojemu zaskoczeniu, od razu przeszli do truchtu, a następnie już biegli. Niestety pilnowali mnie z obu stron, więc nie miałem jak ich zgubić. Na szczęście jaskinia, do której mieliśmy się udać, była niedaleko, gdyż moja łapa już promieniowała bólem. Kuśtykając, dotarłem na miejsce razem z pozostałą trójką. Z groty wyszedł przyjaźnie wyglądający border collie.
- Co się stało? - zapytał, z przestrachem patrząc na Elizabeth, która była już  nieprzytomna. Nie było czasu na dodatkowe, zbędne pytania. - Jad żmii. - rozpoznał po szybkiej obserwacji. Owczarek spojrzał wtedy na mnie, już bez takiej grozy jak wcześniej. Mimo to wcale nie chciałem tu być. Gdy Whatever (tylko jego imię udało mi się poznać) zabrał suczkę, a wilk za nią poszedł, pies odezwał się.
- W takim razie kim jesteś? - spytał niedowierzając. Nie okazywał skruchy, lecz nie mogłem wiedzieć, co działo się w jego środku. Nadal nie wierzyłem, że jest do mnie przekonany. - Może na razie tu zostaniesz?
- Zapomnij. - wymamrotałem i odwróciłem się, zmuszając swoje ciało do biegu. Nie słyszałem za sobą jego kroków. Odpuścił. Na moje szczęście. Musiałem zwolnić, gdy ból nie pozwolił mi na dalszy wysiłek. Przeciążona kończyna prawie wlokła się za pozostałymi. Musiałem znaleźć schronienie. Było już bardzo późno i mroźno. Prawie trząsłem się z zimna. Nagle zobaczyłem most, a za nim niewielką grotę. Niewiele myśląc, skierowałem się w tamtą stronę. Wszedłem do środka, gdzie było bardzo miękko i ciepło. Położyłem się i oparłem głowę na przednich łapach. Na razie pozostało mi tylko czekać.


Elizabeth?

czwartek, 22 lutego 2018

Od Elizabeth CD historii Commanda

- Musiałabym przedstawić cię Hamiltonowi, a wtedy on z tobą porozmawia, przydzieli ci stanowisko i oficjalnie przyjmie do sfory. - westchnęłam.
Wtedy przez krótką chwilę po głowie przebiegła mnie dziwna myśl. Czy oby na pewno mój brat nie zechciał mnie śledzić? Rozejrzałam się dookoła. Alex potrafił szpiegować. Po kilku sekundach, przypomniało mi się, że tuż obok mnie stoi zupełnie obcy mi pies, bo oprócz faktu, że jest poturbowany, widzi gorzej na jedno oko, ma zranioną łapę i jest młodszym, wychowanym wśród ludzi psem o rasie zbliżonej do Retrievera i o imieniu Command, nie wiedziałam o nim nic, a i te informacje wydawały mi się mało wiarygodne. Oj, Alexandrze... Dlaczego nie postanowiłeś mnie śledzić?
- Trzeba robić to dzisiaj? Jest późno.. - mruknął. Nasze głosy zrobiły się nieco cichsze. Napięta atmosfera zaczęła pomału ustępować ciszy nocy.
- Nie chcę tam dzisiaj iść. Jest już późno i chyba nikomu nie będzie to na rękę. Zastanawiam się, czy nie popełniam błędu chcąc ci zaufać. - oznajmiłam patrząc podejrzliwie w oczy psa, w których, mogłabym  przysiąc, zauważyłam iskierki. Przynajmniej w jednym, a to już coś.
- Żartujesz... Chcesz mi zaufać? - zapytał prawdopodobnie troszeczkę bardziej entuzjastycznie, niż chciał.
- Chyba nie mam wyboru. - uniosłam jedną brew po czym spojrzałam gdzieś w tył jaskini, w której się znajdowaliśmy.
- Też to słyszysz? - zmrużyłam oczy starając się w ciemności dostrzec cokolwiek innego niż pysk Commanda.
Nastała cisza. Żaden z nas nie ważył się nawet oddychać zbyt głośno. Po chwili głuchej ciszy i tego dziwnego odgłosu wydobywającego się z wnętrza pomieszczenia, retriever przystąpił z chorej łapy na zdrową, a ja byłam już pewna tego, co słyszę.
- Żmije. - oznajmiliśmy chórem i idealnie w tym momencie, poczułam przenikliwy ból łapy, który sprawił, że poskładałam się na ziemi jak nic niewarty domek z kart.
- Ałaaa - jęknęłam czując jak moja łapa płonie żywym ogniem.
- Elizabeth! - usłyszałam krzyk psa i chrzęst zgniatanego gada. - Musimy się zwijać.
- No co ty.. - warknęłam z bólu starając się go w jakikolwiek sposób przecierpieć.
- Tam jest ich więcej. Chodź, musisz wstać. - rozkazał wsuwając pysk pod mój brzuch i stawiając na trzy nogi.
- Więc razem mamy sześć łap, co? - mimo tragizmu całej tej sytuacji, zdobyłam się na cichy śmiech. - Niedaleko, przy Fioletowej Rzeczce mam jaskinię. Musimy się tam schronić... - zaskomlałam, gdy z przyzwyczajenia nastąpiłam na lewą przednią łapę potraktowaną prawdopodobnie jadem.
Poruszaliśmy się tempem żółwia, żeby uciec przez tymi wrednymi stworzeniami. Nienawidzę żmij. I nie chodzi mi tu o tą postać ze słowiańskich wierzeń.
Gdy udało nam się wydostać z jaskini i ujść kilka kroków, upadłam po raz kolejny.
- Nie dam rady. Zostaw mnie i idź sam... Dlaczego tego nie zrobisz? - zapytałam cicho,
- Jesteś jedyną osobą tutaj jaką znam. Nie mogę pozwolić, żebyś tu została. Jesteś łatwym łupem. - odpowiedział starając się w świetle księżyca obejrzeć ugryzienie, po czym przejechał po nim językiem.
Zaczerpnęłam szybko do płuc powietrze i wstrzymałam oddech czując kolejną falę piekącego bólu.
- Daleko to jeszcze? - zapytał z... troską? Tak. To ewidentnie była troska. Choć ociupinkę.
- Za tym dużym fioletowym drzewem. - rzuciłam oddychając coraz ciężej.
- Co? To raptem sto metrów, a ty chcesz się poddać? - zaśmiał się nerwowo. - Zaniósłbym cię, gdyby nie ta łapa.
- Masz rację. Musimy tam dojść. - westchnęłam podejmując kolejną próbę wstania i wykonania chociaż kilku kroków. Udało się

W ognisku nadal tlił się żar. Wystarczyło dodać kilka suchych gałązek, żeby w pomieszczeniu znów zrobiło się nieco jaśniej i zarazem cieplej. Ułożyłam się na zdecydowanie zbyt dużym słomianym posłaniu, byłam bardzo zmęczona, ale ból nie dawał mi spać. Command leżał po drugiej stronie ogniska na brązowym kocu i wpatrywał się to w iskierki lecące z drewna, to we mnie. Prócz skwierczącego ogniska, w jaskini panowała przyjemna cisza, a w mojej głowie tuzin myśli na raz. Od doskwierającego bólu, przez nowopoznanego psa do historii tego miejsca. w którym Another Day i Geris wychowywali swoje dzieci, a ja leżałam właśnie na ich ‚łóżku’.
W pewnym momencie, moja głowa zrobiła się jakby cięższa. Bynajmniej od myśli się w niej kłębiących. Mimo ciepła panującego w jaskini, zrobiło mi się bardzo zimno. Coś było nie tak. Trucizna rozprzestrzeniła się po całym organiźmie powodując podwyższenie temperatury ciała, które w sposób niekontrolowany przeze mnie zaczęło drżeć.

Command? 

wtorek, 20 lutego 2018

Od Whatever'a do November

Kolejny dzień minął jak zwykle na samotnym siedzeniu w domu i okolicach. Za około pół godziny zajdzie słońce. Niestety - za godzinę znowu wzejdzie. Idąc zamyślony nie spostrzegłem biegnącego z boku psa.
- Cześć- powiedziała suczka,a raczej November
- Część - mruknąłem, chociaż trafniejsze byłoby określenie tego fuknięciem. Zniżyłem głowę i powoli ruszyłem dalej przed siebie. Suczka patrzyła się na mnie lekko zdziwiona,lecz także przechodził przez nią cień zadowolenia. Nie miałem po co dalej zawracać jej głowy,skoro i tak nic mi nigdy nie wychodziło. Po chwili usiadłem na jednej z górek. Moją sierść otulał lekki wiatr. Zatopiłem się w myślach. Nie brałem już pod uwagę świata rzeczywistego. I to był błąd. Od tyłu podeszła do mnie November. Otworzyłem oczy i spojrzałem na nią. Biało-szara suczka założyła naszyjnik ode mnie. Spojrzałem się na nią pytająco.

November?

Od Wolfika do November

Ranek przyszedł szybko. Jak dla mnie - za szybko. Jednak wstałem z łóżka i szybko się naszykowałem. Po chwili biegłem już po Lawendowym Polu. Moją uwagę przykuł biało-szary pies. Wolno podbiegłem do niego,a raczej niej.
- Witaj - mruknąłem. Zlustrowałem wzrokiem suczkę. Coś w niej było bardzo znajome. Budziło wspomnienia ze starej ery sfory.
- Witaj. - odpowiedziała.
- Wolfik jestem - spojrzałem na nią
- November. Gamma sfory. - odpowiedziała po chwili namysłu.
- Tak jak Lastrada... - mruknąłem
- Hę? - spytała
- Lastrada. Gamma Sfory przed wojną. - oznajmiłem
- Moją matka...- zciszyła głos. Nie uwierzyłem własnym uszom.
- To dlatego tak mi ją przypominałaś! - odpowiedziałem po chwili
- Prawie jej nie znałam. A zresztą,długo byłeś w Sforze przed wojną? - zmieniła temat
- Dość długo przed nią. Pierwszy raz nazwała mnie Fikiem,a nie Wolfikiem. Mówiłaś że prawie jej nie znałaś,prawda? - spytałem. Kiwnęła głową
- Chcesz zobaczyć gdzie mieszkała? Chyba jeszcze są tam jej rzeczy - zapytałem. Znów kiwnęła głową i wstała,po czym spojrzała na mnie. Wstałem i poprowadziłem ją do fioletowej rzeczki. Chwilę potrwało, zanim przypomniałem sobie gdzie mieszkała suczka. Dotarłem do jej jaskini. Tak jak się spodziewałem - wszystko nietknięte. Wróciłem myślami do tamtych czasów.
- Tutaj mieszkała? - upewniła się. Pokiwałem głową
- Skoro jesteś jej córką,to chyba wiesz co się z nią stało? - spytałem
- Wiem. - odpowiedziała.
- A powiesz mi? - spytałem niepewnie.

November?

sobota, 17 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera

- Oczywiście, że nic mi się nie stało - prychnęłam. - Nie jestem głodna, zostaw jelenia dla siebie.
- O nie, ten jest dla ciebie - zaprotestował.
- Nie jestem głodna. Ochoty na gości też nie mam. Idź sobie - warknęłam. Whatever próbował z całych sił, ale i tak wygoniłam go za drzwi. Po chwili jednak głowa psa wsunęła się do mojego domu.
- November...
- Czego? - warknęłam zirytowana.
- Pada.
Westchnęłam.
- Wchodź.
- Dzięki - ucieszył się. Mimo, że na dworzu stał może minutę, był cały mokry, o czym boleśnie się dowiedziałam, kiedy postanowił się wytrzepać.
- Auć! - pisnęłam, kiedy setki małych, mokrych kropelek wbiły się w moje futro. Postanowiłam się osuszyć. Wzięłam hubkę i krzesiwo. W kącie miałam poukładane kilka szczap drewna, które niedawno zebrałam. Z posłanka wyciągnęłam garść słomy i z pomocą tych rekwizytów już po krótkiej chwili w mojej jaskini po raz pierwszy za mojego panowania zapłonął ogień. Dla zapachu dorzuciłam wiązkę lawendy, którą wziął ze sobą mój gość. Usiedliśmy jak najbliżej ogniska, starając się ogrzać i wysuszyć. Wtem wpadłam na pomysł, który mógłby jeszcze umilić ten wieczór. Przyciągnęłam bliżej nieżywego jelenia. Zdjęłam z niego skórę i oddzieliłam od niej resztki. Wystawiłam ja na dwór włosiem do dołu, żeby zmiękła - może któreś z nas zrobi sobie potem lepsze posłanie.
- Ty trzymasz za rogi, ja za nogi - poinstruowałam psa. Trzymaliśmy zwierzaka nad ogniem. Już po chwili rozszedł się zapach pieczonego mięsa. Wreszcie kiedy nie mogliśmy już wytrzymać z łapami w górze, dałam psu znak, żeby puścił rogi.
- Ale nie w ognisko! - jęknęłam, patrząc bezradnie, jak mięso spada w dół. Wyciągnęłam je szybciutko. Względnie równo rozerwałam na pół i podałam jedną część Takesowi. Posilaliśmy się w milczeniu. Rozkoszowałam się gorącym mięsem. To było takie cudowne, w tym całym zimnie zjeść coś ciepłego.
- Pójdę po jeszcze trochę drewna. Nie martw się, niedługo wrócę - dodałam, widząc minę psa. - To nie podlega dyskusji, Whatever. Dzięki za troskę, ale z chęcią się... przejdę.
Wyszłam z domu. Wichura natychmiast mnie zaatakowała. Czułam, jak moja sierść nasiąka wodą i robi się ciężka. Wokół ciemno, choć oko wykol. Westchnęłam cichutko, czując się nagle mała i samotna. Chyba jednak nie wrócę tam, do siebie - gdybym chciała tam wrócić, już stałabym pod drzwiami.
Szłam więc dalej, smagana wiatrem i deszczem. Przede mną, za mną, wszędzie dookoła - lawendowe pole.



The end. 

Od November CD historii Hamiltona

Udałam, że się namyślam.
- Pomyślmy... Nie, powinnam na dzisiaj być wolna - uśmiechnęłam się.
- Czyli udało mi się wstrzelić w lukę? - puścił mi oczko.
- Masz wyjątkowe szczęście, nieczęsto się to zdarza - rzuciłam mu powłóczyste spojrzenie. Oddał je.
- A kogo ostatnio odrzucałaś? - zapytał, niby to żartem.
- Jakby się zastanowić, ostatnio najczęściej uciekam przed Whateverem - uznałam, spoglądając na niego z zaciekawieniem.
- Masz z nim kłopot? - spytał troskliwie.
- Raczej to on ma ze mną - zaśmiałam się.
- Co mu robisz?
- Grożę mu, wyzywam go, jestem niezwykle niestała w uczuciach... - wymieniłam z ociąganiem.
- Od miłości do nienawiści? - ukrył niepokój.
- Raczej od nienawiści do rozpaczliwej próby tolerancji.
Zdawało mi się, że odetchnął z ulgą, ale to chyba tylko przeczucie.
- Jesteśmy, Milady - mruknął Hamilton, szturchając mnie lekko.
- Zdajesz sobie sprawę, że Milady oznacza „moja pani”, a nie „pani”? - zapytałam, spoglądając na niego.
- Jasne, że tak - usłyszałam. Rozejrzałam się, ale psa nigdzie nie było widać. Wtem coś przysłoniło mi świat. Poruszyłam się niespokojnie.
- Kto tam? - zapytałam dziecinnie.
- Zgadnij. Puszczę cię, ale obiecaj mi, że nie otworzysz tych ślicznych ocząt.
Wzięłam głeboki wdech i opuściłam wolno powieki.
- Gotowe, Hamilton.
- I nie otwieraj! - usłyszałam. Kroki psa powoli cichły.







<Hamilton?> To w zamierzeniu miało być walenynkowe...

czwartek, 15 lutego 2018

od Whatever'a CD historii November

- Nie! - krzyknąłem, ale suczki już nie było. ,,Uspokój się,Takes. Nic jej się nie stanie." Mówiłem ciągle w myślach. Zamierzałem czymś zająć umysł,czekając na koniec burzy. Zresztą i tak bym tu został, bo bardzo ciekawiły mnie te wszystkie zakamarki. Powoli ruszyłem korytarzami co chwilę odkrywając kolejne wejścia. Przy którymś korytarzu zobaczyłem wpadające promienie s Od łońca. Podbiegłem tam i wyjrzałem przez dość duże "okno". Dotarłem na inne tereny,jednak niemniej ładne niż lawendowe pole. Jednym skokiem pokonałem przeszkodę i sprawnie odbiłem się od kamieni. Rozejrzałem się dokładnie zapamiętując okolicę. Nie chciałem się zgubić,jednak w koñcu gdzieś musiałem wyjść poza znane mi dotąd tereny. Słyszałem, że w terenach sfory są także magiczne,ale takiego czegoś nie przewidziałem. Przede mną był wielki wodospad a spływała z niego żłota woda. Przy brzegu był lód,co nadawało większy efekt zamarzniętej złotej wodzie. Po chwili jednak ruszyłem dalej. Kilka godzin później wróciłem do siebie. Chciałem pójść do November. Ruszyłem w stronę jej domu. Po drodze napotkałem dorodnego jelenia. Zakradłem się do niego i rzuciłem na szyję. Po kilku minutach jeleń upadł. Zaniosłem go pod drzwi domu November. Lekko zpukałem do jej drzwi. Po chwili suczka mi otworzyła.
- Czego? - zapytała
- Jesteś może głodna? - zapytałem wskazując jelenia - A tak na serio, to przyszedłem przeprosić i upewnić się, że nic ci się nie stało. Jednak jeleń i tak dla ciebie - powiedziałem i popatrzyłem się w oczy suczki.

November? Dałam ci chociaż na kilka godzin spokój xD

poniedziałek, 12 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera

Wyprostowałam się gwałtownie.
- Nic, nieważne.
- Na pewno? - drążył uparcie.
- Tak, na pewno. Wiesz, Takes, sądzę, że powinnam już iść do siebie - rzuciłam, wstając. Stawiając długie, szybkie kroki wysunęłam się z jaskini. Burza rozkręciła się na dobre, gdzieś za mną huknął grzmot. Wzdrygnęłam się i rozejrzałam, próbując znaleźć odpowiedni kierunek. Uznałam wreszcie, że pójdę w lewo. Byłam już kompletnie przemoczona, sierść nasiąkła wodą. Przyspieszyłam.
- Gdzie jest mój dom? - jęknęłam. Ledwie usłyszałam swój głos w huku deszczu i piorunów.
Po swojej prawej stronie dostrzegłam ciemniejszą plamę. Zmarszczyłam brwi i podeszłam w tamtą stronę. Ku mojej wielkiej uciesze ciemna plama okazała się moją jaskinią. Z poczuciem klęski osobistej wsunęłam się do niej. Zostawiając po sobie mokre ślady i dygocząc, wsunęłam się pod koc, starając się zasnąć.
- Ciekawe, co robi pan Takes - mruknęłam, zamykając oczy. Miałam wrażenie, że słyszę jakieś kroki, ale zignorowałam to.






<Whatever? Błagam, ja chcę już to zakończyć.>

niedziela, 11 lutego 2018

Od Commanda CD historii Elizabeth

Nieznajoma postać przyglądała mi się uważnie, wbijając we mnie nieprzyjemne spojrzenie. Stałem naprzeciwko niej, ostrożnie lustrując ją moim zdrowym okiem. Fizycznie dzieliła nas niewielka odległość, mnie natomiast wydawała się to ogromna przepaść. Nie byłem w stanie od razu jej zaufać, w zasadzie to oboje nie byliśmy w stanie, stąd nastąpiła dłuższa chwila milczenia. Niewiele niższa ode mnie suczka o różnokolorowych oczach wreszcie postanowiła odezwać się jako pierwsza.
- Co tu robisz? - chłodny, wysoki głos dotarł do moich uszu, rozbrzmiewając echem w mojej głowie. Minęło sporo czasu odkąd ostatnio z kimś rozmawiałem. Pytanie nie zabrzmiało przyjaźnie, co wcale mnie nie zdziwiło. Nie liczyłem na wiele.
- Nie widać? - mruknąłem beznamiętnie. - Stoję. Marnuję kolejne minuty mojego nędznego życia. I powietrze, którym oddycham. - przekręciłem głowę w prawą stronę. Uniosła jedną brew. - Jak masz na imię, piękna damo? - parsknąłem. Nieznajoma przewróciła oczyma i westchnęła cicho. - I co tutaj robisz o takiej godzinie, w dodatku sama? - dodałem, na pokaz udając zatroskanego. Dobrze wiedziałem, że mi nie uwierzy.
- Nie twoja sprawa. - burknęła oschle. Odchyliłem uszy do tyłu i skrzywiłem się.
- Dobrze. - odparłem. - Masz rację, nie muszę wiedzieć. - przytaknąłem. Jakaś cząstka mnie chciała odwrócić się i odejść. Już miałem to zrobić, lecz coś podpowiadało mi, by jednak zostać. Może dlatego, że byłoby to zwyczajnie niegrzeczne? Ale kto by się tym przejmował...
Mimo wszystko uznałem, że mogłaby być to niepowtarzalna okazja, której nie mogłem tak po prostu odrzucić. Przez moment biłem się z myślami, patrząc w bok, nie okazując przy tym skruchy. Skierowałem swój wzrok na suczkę, nasze spojrzenia się spotkały.
- Command. - oznajmiłem pustym tonem. - Czy teraz mógłbym poznać twoje imię? - spytałem.
- Elizabeth. - westchnęła po raz kolejny, wciąż obarczając mnie nieufnym spojrzeniem. - Co tu robisz? - powtórzyła pytanie.
- Spacerowałem po okolicach. - przyznałem zgodnie z prawdą. - Nie jestem stąd.
- Tego się domyśliłam. - warknęła. Odsunąłem się kilka kroków do tyłu.
- Spokojnie. - prawie się roześmiałem. Zamiast tego wyszło gorzkie parsknięcie. Nie chciałem z nią walczyć, to nie miałoby najmniejszego sensu dla żadnej ze stron. Zastanawiało mnie, skąd ona się tutaj wzięła. Nie wyglądało mi to na zamieszkiwane przez kogokolwiek tereny. - Nie chcę zrobić ci krzywdy. Nie teraz. - ból w łapie odezwał się po raz kolejny, tym razem zupełnie bez powodu. Musiałem ją podnieść, by nie okazywać tego po sobie. Niestety nic nie umknęło uwadze Elizabeth.
- Co ci jest w łapę? - zapytała, wskazując na najbardziej bezużyteczną część mojego ciała.
- Nic. Nieważne. - Chyba mi nie uwierzyła. Widząc, że rozmowa zeszła na niebezpieczne tory, natychmiast zmieniłem temat. - Będziemy dalej tak stać i się na siebie gapić?
- Jak wolisz. - wzruszyła ramionami. - Możesz już sobie iść.
- Wydaje mi się, że nie potrzebuję do tego twojej zgody. - stwierdziłem.
- Mylisz się. Znajdujesz się na terenie Sfory Psiego Głosu. - wytłumaczyła. - Albo do nas dołączysz, albo niestety będę musiała cię stąd przegonić.
- Jakiej sfory? - zmarszczyłem brwi. - Co to jest sfora?
- Słucham? - spojrzała na mnie ze zdumieniem. - Nie wiesz? To gdzie ty się wychowywałeś, co?
Rozmowa po raz kolejny zrobiła się niewygodna, więc jeszcze musiałem coś z tym zrobić.
- Daleko stąd. Wśród ludzi. - skłamałem, nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. Nie widziałem powodu, dla którego miałbym rozwodzić się na temat mojej historii. Nie miałem najmniejszego zamiaru zwierzać się nowej suczce i tłumaczyć jej, że nie miałem prawa wiedzieć takich rzeczy. Szczegóły takie jak utrata pamięci wolałem zostawić dla siebie.
- Teraz wszystko jasne. - odwróciła wzrok. Wyjaśniła mi, co to sfora i wówczas zdecydowałem się przyłączyć. Bo co innego miałem zrobić?
- I co teraz? - uniosłem brwi, nie siląc się na przyjazny ton.
- Na razie nie jesteś w Sforze.
- Jak to?
Skierowała oczy ku niebu.
- Nie ode mnie zależy ta decyzja. - Jej cierpliwość się kończyła. Moja zresztą również. Miałem dosyć całej tej rozmowy i zastanawiałem się, czy w ogóle dobrze robię dołączając do grupy zupełnie obcych psów.
Zaczynałem nowy rozdział swojego życia.


Elizabeth?

piątek, 9 lutego 2018

Od Hamiltona CD historii November

- November? - popatrzyłem zaniepokojony na suczkę. - Hej, wszystko jest okay? - uniosłem jedną brew podchodząc do Gammy na odległość zdecydowanie zbyt bliską tak, że poczułem jej oddech na własnym pysku. Nie odsunęła się ani na centymetr. Odległość między naszymi pyskami z każdą chwilą stawała się coraz mniejsza, jakby któreś z nas naprawdę chciało to zrobić.
- Tak, chyba tak. Co miałoby być nie tak? - zmarszczyła brwi zmieszana.
- Wiesz. Pies wyglądający jak rasowy kanapowiec właśnie wybiegł z twojej jaskini przeklinając jak menel, któremu wypadła z rąk ćwiartka wódki. - zbadałem uważnie jej wzrok, a następnie całą ją, żeby sprawdzić, czy nie odniosła żadnych obrażeń.
- Czy ty właśnie sprawdzasz, czy oby nigdzie się nie wykrwawiam? - zapytała z udawanym oburzeniem w głosie.
Zrobiłem krok w tył.
- Dokładnie. Raczej powinienem się martwić o moją Gammę, co? - mruknąłem z lekkim uśmiechem puszczając jej oczko.
- To był mój kuzyn. Przyszedł, żeby mi się oświadczyć i mianować Betą Heaven Garden! - uniosła z satysfakcją wyżej łeb.
- Och tak... Heaven Garden... - ku jej uciesze pokiwałem z uznaniem głową. - Czy to nie czasem ta plajtująca sfora na południe stąd, gdzie Alfa tak naprawdę jest pieskiem ludzi, a prawowici sforzanie to pchlarze walczący między sobą o zgniłe mięso? - zmrużyłem oczy uśmiechając się lekko i patrząc jak cały entuzjazm z niej odpływa.
- Przecież nigdy bym się na to nie zgodziła! - burknęła.
- Nie chmurz się, Słoneczko. Żartowałem! Chociaż dobrze, że nas jeszcze nie opuszczasz. - parsknąłem z błyskiem w oku - Lady November może wybrać się ze mną do Jaskini Hokaya, czy ma jeszcze jakichś amantów do odrzucenia na dzisiejszej liście zadań?

November? Wybacz, że tak długo czekałaś.. ;-;

Od Whatever'a CD historii November

Powoli oddalałem się od suczki. Chwilę później biegłem już przez pola. Zatrzymałem się dopiero gdy byłem zbyt zdyszany, by biec dalej. Wtedy zorientowałem się, że kilkukrotnie wyszedłem poza znane mi tereny. Spróbowałem skojarzyć elementy - nic. Chwilę się zastanowiłem. Mogłem spróbować wyłapać zapachy, co byłoby chyba najlepszym wyjściem. Jednak na moje nieszczęście znów zaczął padać śnieg i zatarł ślady. Postanowiłem poszukać sąsiednich terenów,które znałem. Po kilku godzinach dotarłem na skraj Lawendowego Pola. Zmierzałem w stronę mojego domu. Jednak nie spodziewałem się...
- November,obudź się! - powiedziałem do śpiącej w okręgu samicy gamma.
- Ups?- mruknęła i rzuciła się do ucieczki rozkopując lawendę. Nie biegłem za nią od razu. Odczekałem kilka minut i powoli ruszyłem śladem suczki. Z oddali widziałem jak siedzi przy urwisku. Powoli do niej podszedłem i lekko dotknąłem nosem.
- Cześć - szepnęła cicho. Spojrzałem na niebo słysząc grzmot. W naszą stronę zbliżały się czarne chmury
- Em... November,chyba musimy już iść - powiedziałem i łapą wskazałem na chmury. Wstała patrząc na mnie i głową pokazując, żebym szedł za nią. Biegliśmy najszybciej jak umieliśmy,lecz burza rozpętała się w połowie drogi do jaskini suczki. November szła pod wiatr. Zlokalizowałem w pobliżu inną jaskinię - zapewne niezamieszkaną. Barkiem szturchnąłem suczkę i pobiegłem w stronę kryjówki. Po chwili do mnie dołączyła i razem weszliśmy do środka przytulnej jaskini. Po dokładnym zwiedzaniu okazała się większa niż moja i November razem wzięte. Miała mnóstwo małych korytarzy
- No,no... Nieźle - mruknęła lustrując wzrokiem jaskinię jeszcze raz. Rozejrzałem się jeszcze raz i pokiwałem głową.
- A tak w ogóle, to co się wtedy stało? - zapytałem przypominając sobie widok jej zapłakanej twarzy.

November? Wena nie wróciła ;-;

Od Elizabeth CD historii Commanda

- Jest już późno, Hami. Pójdę do domu. - ziewnęłam ostatni raz rozglądając się po jaskini Alfy i skierowałam się w stronę wyjścia. Mieliśmy za sobą dziś dużo pracy. Pora iść spać.
- O tej porze jest już niebezpiecznie.. Odprowadzę cię. - oznajmił mój zatroskany kuzyn.
Nienawidziłam kiedy to robił. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zaprzątał sobie mną głowę, a już szczególnie on.
- Nie, zostań. Znam drogę do jaskini. - przekręciłam oczyma.
- Lizzie.. - westchnął -  Ile mam cię prosić, żebyś zamieszkała tutaj do czasu, aż nie zrobi się na terenach bezpieczniej... Jeśli nie chcesz spać tutaj, to pozwól się chociaż odprowadzić, uparciuchu.
- Nie ma mowy, Panie Alfo. Wiesz, że nie lubię słuchać rozkazów z góry. - uśmiechnęłam się słabo.
- To nie rozkaz. Proszę cię.. - zmarszczył brwi unosząc je lekko w górę i przybierając minę zbitego szczeniaka.
- Nie nalegaj, braciszku. - podeszłam do niego i liznęłam po kufie. - Dobranoc. Widzimy się jutro. - rzuciłam, a gdy byłam przy wyjściu odwróciłam się na moment. - Tylko nie próbuj za mną iść.
- Mówisz, masz.. - mruknął wiedząc, że za nic nie zmienię swojej decyzji.
- Dziękuję. - szepnęłam, choć nie byłam pewna, czy aby na pewno mnie usłyszał.

Kroczyłam przez las bez najmniejszego lęku, że się zgubię, jakbym znała go bardziej, niż własną jaskinię, własny dom, którym z resztą był. Od rzeki wiał łagodny wiatr, który kierował mnie wprost do złotego wodospadu. Jedynego jasnego miejsca o tej godzinie. Zaplanowałam tam krótki przystanek, a następnie prostą drogę z nurtem wody do odcinka Fioletowej Rzeczki, gdzie złoto znikało dając miejsce czystemu błękitowi. Uwielbiałam tamte jaskinie. Szczególnie upodobałam sobie jedną z większych, w której kiedyś mieszkała para Beta, Another Day i Geris. Od początku była przyzwoicie urządzona, trzeba ją było tylko lekko "dopieścić", żeby stałą się wymarzonym domem.
Stojąc przy wodospadzie i pijąc złotą wodę, podniosłam lekko wzrok i po drugiej stronie wody dostrzegłam niewyraźną sylwetkę psa. Momentalnie przestałam pić i postawiłam uszy, aby zebrać jak najwięcej informacji o nieznajomym. Nie wiedział, że tu jestem, bo wiatr był po mojej stronie. Szybko wychwyciłam, że był to pies średnich rozmiarów, który jakiś czas temu stoczył walkę. Miał problem z łapą. Ponadto, mogłabym sądzić, że ma coś nie tak ze wzrokiem, skoro jeszcze mnie nie zauważył. Do tej pory przecież nie podejmowałam próby ukrycia się, a oświetlenie tego miejsca tylko pomagało w dostrzeżeniu nie najmniejszej suki.
W jednej chwili, gdy pies się poruszył, zamarłam. Jego sierść.. Ta postawa... Był to najprawdziwszy Retriever. Rasa z której sama się składałam... Przynajmniej tak wyglądał. Czy możliwe, że... że to mój znienawidzony ojciec? Szybko odrzuciłam od siebie tę myśl. Coś mi mówiło, że mimo swojego opłakanego stanu, pies, który stał w pewnej odległości ode mnie mógł być w moim wieku. Gdy ten ruszył przed siebie, nie pozostało mi nic innego, jak go śledzić. Czego szukał na naszych terenach? Wszystko wskazywało na to, że zmęczony pies zamierza zatrzymać się w jednej z jaskiń przy Fioletowej Rzeczce. Wewnętrzny głos nakazał mi w tej chwili do niego podejść i zapytać o wszystko co wie, choć rozum krzyczał by nie wychylać się do czasu aż uzna, że jest w stanie pokonać go w walce. Nie bawiąc się już więcej w chowanego, podeszłam bliżej do psa i pozwoliłam, aby wiatr uniósł w powietrze mój zapach. Czujny toller niemalże od razu odwrócił łeb w moją stronę. Wyprostowałam się próbując odgadnąć jego wyraz pyska, po czym zrobiłam kilka kroków w jego stronę. Nie zamierzał uciekać, choć był odrobinę spięty, zapewne nadal w głowie miał wspomnienia z sytuacji podczas której zranił łapę. Pewnym krokiem podeszłam do intruza, który wyczuwając, że jestem suką, nieco złagodniał.
- Co tu robisz? - zapytałam ozięble, kiedy dzieliły nas raptem cztery kroki.
Przyjrzałam się uważnie jego pyskowi na tyle, na ile pozwolił mi na to blask księżyca. Nie opuszczało mnie te dziwne wrażenie, że już kiedyś go widziałam, ale nie potrafiłam przyczepić do niego żadnej metki.

Command?

wtorek, 6 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera

W czasie opowiadania psa spuściłam głowę. Miał trudniejszą historię niż ja. Próbowałam przykryć zmieszanie parsknęciem, ale to raczej nie była dobra odpowiedź. Spojrzałam na najniższą perłę - jedyną, do której dosięgałam wzrokiem. Zakołysała się lekko, pobłyskując z mojej długiej sierści.
- I znalazłem sforę. - zakończył Whatever.
- Niełatwa historia. - przyznałam.
- Może przybliżysz swoją? - zapytał niepewnie.
- Moja matka uciekała. Popełniła samobójstwo albo zmarła z wycieńczenia, tego nie wiem. Ojciec zaginął, ja żyłam dwa lata w innej sforze, aż nęcona zapachem przeszłości uciekłam. Doszłam tutaj, przeżyłam odwiedziny kuzyna i twoje, a teraz siedzę z tobą, żeby nie było ci przykro. - uśmiechnęłam się krzywo. Znowu źle.
- Rozumiem... - westchnął. - Może lepiej już pójdę.
Odczekał chwilę, jakby oczekując, że cokolwiek powiem, aż westchnął jeszcze raz i odszedł kilka kroków.
- Stój.
Stanowczy, silny głos. Ćwiczyłam go tyle razy. Zatrzymał się i obrócił głowę w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja aż zadrżałam pod jego wzrokiem. Stanowczość i siłę o ogon otłuc. Było pełne wyrzutu, który pewnie ukrywał przy mnie, i smutku.
- Gdzie mieszkasz? - zapytałam.
- Moja jaskinia jest przy dużym dębie - odparł. Znowu zaczął iść. Tym razem go nie zatrzymywałam. W końcu znalazłam jego dom. Uśmiechnęłam się szeroko i wypuściłam na ziemię zbieraną przez drogę wiązankę lawendy. Po dwóch godzinach połowę podłogi zaścielały cienkie wiązanki, a w rozgrzanym powietrzu unosił się słodki zapach fioletowego kwiecia. Rozsunęłam je tak, żeby leżały w większych odstępach na całej długości i szerokości.
- Lawendowa Dusza spełniła zadanie. Hej, jak to ładnie brzmi. - ucieszyłam się. - Lawendowa Dusza. Lavender Soul.
Poodsuwałam kwiaty w jednym miejscu, tworząc elipsę o wielkości zwiniętego psa, żeby Takes miał gdzie spać. Ułożyłam się tam na próbę. Przymknęłam oczy. Coraz mocniej czułam, że jestem związana z tymi skałami, z tą ziemią i tajemniczą pachnącą lawendą.
- Jesteś moim przeznaczeniem, November. - tłumaczył mi border.
- Pozwól mu, kochanie. - spojrzała na mnie czarnobiała suczka. Nasze spojrzenia się zetknęły. Jej ciemne oczy emanowały jakimś bardzo silnym uczuciem, którego nie umiałam nazwać.
- To będzie dobry partner. - przytaknął jakiś podobny do wilka pies. 
- Ale ja nie chcę! Ja już jestem zakochana, mamo. - potrząsnęłam głową.
- Kochanie, nie jesteś odpowiednia dla tego psa. Przestań o nim myśleć. Dość tego. Okazał ci dość dobroci, a Whatuś jest dla ciebie stworzony, tak jak ty dla niego. - zmierzyła mnie spojrzeniem. Dziwnie smutnym spojrzeniem...
- Nie cierpię go. 
- Jeszcze ci się spodoba. - zapewniła mnie.
- November, obudź się!
Otworzyłam oczy, czując czyjś dotyk na uszach. Pochylał się nade mną Whatever.
- Ups? - przygryzłam wargę. Decyzję podjęłam w ułamku sekundy. Rzuciłam się do wyjścia, rozkopując dywan lawendy. Biegłam, byle dalej od tego miejsca. W oczach zaczęły mi się tworzyć łzy. Usiadłam, starając się je opanować, ale pociekły jeszcze żywiej.




Whatever? Nie obiecywałam stałości w uczuciach...

niedziela, 4 lutego 2018

od Whatever'a CD historii November

Suczka zauważyła naszyjnik. Próbowałem go ukryć,lecz była zbyt spostrzegawcza.
- Emmm... - zaciąłem się - Eh. Chcę cię jeszcze raz przeprosić. Wiem, że jestem jaki jestem,ale powinienem uszanować twoje zasady... - zatrzymałem się i uświadomiłem sobie jak głupio to brzmiało. Jednak musiałem dokończyć - A tovw łapie... To ten... Naszyjnik po mojej matce - wykrztusiłem i spuściłem wzrok. - Gdy cię pierwszy raz zobaczyłem,od razu skojarzyłaś mi się z nią. Była bardzo podobna do ciebie i... - znowu się zaciąłem - przepraszam... - powiedziałem i wręczyłem jej srebrny naszyjnik z perłami.
 Suczka zaniemówiła. Powoli wzięła naszyjnik i zapięła na szyi.
 - Nie sądzę żeby bardziej przydał się mi niż tobie. - dodałem.
- Dzięki. - parsknęła - a... Ten... Mówiłeś, że twoi rodzice też zginęli... Jaka właściwie jest twoja historia? - zapytała w końcu.
- Em... Ja ten... Urodziłem się w czasie wojny pomiędzy psami ze sfory... Wychowywałem się samotnie,czasem tylko spędzałem czas że szczeniakami że sfory,a może sfór? Dalej nie wiem o co chodziło... Rodzice mnie nie puszczali,żeby nie było później za którą stroną są alfy. No i później jak przejąłem stanowisko alfy,rozdzieliłem tereny na dwie części... Myślałem, że będzie już spokój,tylko zaatakowały wilki. Przez ten podział sfora przegrała a moi rodzice umarli. Ocalało pięć psów. No i ja odszedłem i znalazłem sforę... - powiedziałem. Popatrzyłem się na November. Miała spuszczoną głowę.
  November? Wena pojechała na wakacje;-;

Od Commanda

Chyba jeszcze nigdy nie byłem tak daleko od domu. O ile w ogóle go kiedyś miałem.
Ostatnie promienie słońca powoli chowały się za horyzontem. Robiło się coraz później, a zarazem ciemniej. Instynkt podpowiadał mi, że powinienem znaleźć sobie schronienie, gdyż mogę nie przeżyć nocy tutaj. Rozejrzałem się, uważnie nasłuchując. Otaczała mnie zupełna cisza. Minęło już co najmniej kilka tygodni odkąd ostatni raz widziałem jakiegokolwiek psa. Może i z jednej strony to dobrze. Rozmawianie z innymi było dość krępujące. Bo czy to jest normalne, że na większość pytań na swój temat nie mogłem odpowiedzieć w normalny sposób?
Potrząsnąłem głową i westchnęłem ciężko. Odrzuciłem od siebie tamte myśli. Szkoda czasu, by w ogóle się nad tym zastanawiać. To naprawdę dziwne uczucie, tak nic o sobie nie wiedzieć. Obudzić się z rozwaloną głową i łapą, ale nie wiedzieć, co tak właściwie się stało. Jedyne, co sobie przypomniałem, to swoje imię oraz pojedyncze, niczego nie wnoszące urywki z życia. Byłem pewny tylko jednego - musiałem być szczęśliwy... ale zrobiłem coś złego. Coś bardzo złego.
Znowu odrzuciłem tę myśl.
Przyspieszyłem kroku, bezmyślnie przechodząc do truchtu. Po kilkunastu minutach musiałem niestety zwolnić. W mojej lewej przedniej łapie odezwał się przeszywający ból, promieniujący po całym ciele. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Zatrzymałem się i po krótkiej chwili ruszyłem dalej. Nienawidziłem swoich ograniczeń.
W moim sercu pozostało również uczucie pustki. Tego natomiast nie do końca rozumiałem - musiałem stracić kogoś ważnego dla mnie, ale za nic nie przychodziło mi do głowy, kto to mógł być. Nie tęskniłem za tą osobą, bo w ogóle jej nie pamiętałem. Nie zmienia to faktu, że poczucie straty kogoś, o kim nic się nie wie, było dosyć przerażające.
Nagle do moich uszu dobiegł dźwięk istoty przemieszczającej się między krzakami. Poczułem woń zranionej zwierzyny. Zaburczało mi w brzuchu i wówczas przypomniałem sobie, że nic nie jadłem od kilku godzin. Obudził się we mnie tryb łowcy. Będzie to łatwy łup. Schyliłem się i zacząłem powoli się skradać. Od zdobyczy dzieliło mnie około dziesięciu metrów. Im bardziej się zbliżałem, tym lepiej byłem w stanie dostrzec, co tak naprawdę chciałem upolować. Był to bażant ze złamanym skrzydłem. Nie miałem wyrzutów sumienia, w końcu moje czyny miały skrócić jego cierpienie, co w pewnym sensie oznaczało korzyść dla nas obu. Kiedy znalazłem się wystarczająco blisko, rzuciłem się w jego stronę i w kilku susach dobiegłem do ofiary. Dostrzegła mnie zdecydowanie zbyt późno i już nie było dla niej ratunku. Zatopiłem kły w jej karku i zacisnąłem szczękę mocnej. Poczułem znajomy smak krwi. Po chwili bażant przestał się miotać. Zabrałem się do jedzenia, a resztki zostawiłem w ukryciu. Jakiś czas później wyruszyłem dalej.
Zrobiło się ciemno, więc musiałem się śpieszyć. Las zdawał się nie mieć końca, lecz nigdzie nie było żadnej bezpiecznej jaskini czy też nory. Nagle moim oczom ukazał się niesamowity wodospad. Woda, która z niego spływała, miała barwę... złotą. Nie. Zamrugałem oczami, ale nic się nie zmieniło.
Może tamtego dnia za mocno uderzyłem się w głową, przeszło mi przez myśl. Zamknąłem oczy, by po chwili otworzyć je znowu. Obraz pozostał taki sam. Spojrzałem na to zjawisko z niedowierzaniem. Następnie rozejrzałem się jeszcze raz i zobaczyłem, że jest tu kilka jaskiń. Udałem się w kierunku jednej z nich. Nagle usłyszałem, że ktoś się zbliża. Poczułem nieznajomy zapach. Odwróciłem się i w oddali ujrzałem niewyraźną sylwetkę innego psa. Nie byłem tu sam.

Może ktoś chciałby dokończyć? Będzie fajnie, naprawdę! :c

sobota, 3 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera


Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o jakichś niezbyt ważnych sprawach. Pożegnałam się dość szybko; byłam już bardzo zmęczona. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy pies zamiast pójść w swoją stronę i dać mi spokój, poszedł za mną.
- Czemu za mną idziesz? - zapytałam, starając się, żeby to nie było warknięcie.
- Idę do domu. - odpowiedział wesoło.
- Gdzie mieszkasz? Wiesz już?
- To pole, gdzie cię spotkałem, jest śliczne... I chyba chcę mieszkać tam! - zachichotał. Jęknęłam głośno.
- Nie możesz mieszkać gdzieś indziej? - westchnęłam.
- Czemu? - zdziwił się.
- Bo ja tam mieszkam. - zagryzłam kły. Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.
- Mieszkasz w jedynym mieszkaniu, tak? - zapytał w końcu.
- Nie, ale naprawdę cenię sobie prywatność. - siliłam się na spokój.
- Oki, nie będę ci przeszkadzał. Obiecuję! - uśmiechnął się szeroko. Doszliśmy już do jakiejś jaskini. Whatever za wszelką cenę usiłował zaprosić mnie do środka, ale dzielnie mu się oparłam.
Do swojego domu przyszłam ostatnimi siłami. Zabrałam z niego tylko koc. Okrywając nim grzbiet, wyszłam na dach swojej jaskini po dużych kamieniach opartych o jej tylną ścianę. Noc była zimna, ale niebo pełne pięknie błyszczących gwiazd. Jedna z nich jakby się poruszyła. Przetarłam oczy, ale ona na pewno spadała.
- Chcę znaleźć szczęście. - wyszeptałam, patrząc, jak zsuwa się coraz niżej jak kropla po szybie.

*****
- November! Noveembeeer! No-vem-ber! - usłyszałam głośny wrzask. Szybko otworzyłam oczy. Pode mną stał Whatever, wydzierając się z całych sił jego jeszcze niestety całych strun głosowych.
- O co chodzi? - wymamrotałam. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mógł nie usłyszeć, więc powtórzyłam głośniej. - Hm?
- Szukałem cię w twojej jaskini, ale cię nie było. Straciłem już nadzieję, a tam twój ogon zwisa. - zaśmiał się. Szybko podwinęłam ogon pod siebie.
- Co ci mówiłam o prywatności? - zapytałam, zeskakując wdzięcznie. Nie mogłam mu zdradzić drogi na dach.
- Oj tam! - machnął łapą. - To była piękna noc. Myślałem o moim wczorajszym zachowaniu... Doszedłem do wniosku, że powinnaś mnie przeprosić.
Zamurowało mnie.
- Co? - wyrwało mi się.
- Byłem taki miły, i nawiązywałem kontakt, dbałem o to, żebyś się nie nudziła, a ty zachowywałaś się tak wrednie. - wyliczał, nawet na mnie nie patrząc.
- W takim razie po prostu znajdź sobie inną suczkę do poprawy humoru. Ja mam dosyć twojego kontaktu, jak to nazywasz. Cenię sobie święty spokój i towarzystwo psów, które na to zasłużyły, a ty tylko ciągle nawijasz - w dodatku bez sensu! Najchętniej wyrzuciłabym cię ze sfory, ale nie ja o tym decyduję. Zejdź mi z oczu, albo to zrobię. - wysyczałam, odwracając się. Głośno tupiąc, odeszłam dumnie w stronę swojego domu. Posłanie było rozkopane. Gdyby w pomieszczeniu było więcej rzeczy, na pewno byłyby pootwierane i rozwalone.
Klnąc pod nosem, zaczęłam zamiatać. Piękny początek kariery, młoda Gammo. Mamusia byłaby dumna. Co ja najlepszego zrobiłam?
Wybiegłam z domu, nawet nie dbając o zasunięcie zasłonki. Rozejrzałam się rozpaczliwie w poszukiwaniu Whatevera, ale z początku nigdzie go nie zauważyłam. Dopiero po dłuższej chwili i dobrym wytężeniu wzroku ujrzałam ciemną plamę. Zrobiłam kilka szybkich kroków w tamtą stronę. Pies siedział zgarbiony. Doszłam do niego niemal bezszelestnie.
- Whatever It Takes? - mruknęłam, dotykając jego barku. Drgnął gwałtownie; chyba osiągnęłam zamierzony efekt zaskoczenia.
- O co chodzi, November? - zapytał bezbarwnie.
- Ja cię przepraszam. - wydusiłam z siebie. Bóg jeden wie, ile mnie to kosztowało wysiłku - przeproszenie tak znienawidzonego od pierwszego wejrzenia psa.
- Nie, to ja powinienem cię przeprosić. - odpowiedział spokojnie.
- Cofam to, co powiedziałam. Nawet jeśli nigdy nie będziesz moim ulubionym psem, nie mam prawa wyrzucać cię ze sfory. Mój charakter taki jest, mam dzisiaj zły dzień, nie wyspałam się. Jestem zazwyczaj energiczną duszyczką towarzystwa, ale byłam wczoraj bardzo zmęczona, dzisiaj rano to tylko się spotęgowało. Możesz mi nie wybaczyć, unikać mnie jak ognia - co będzie mi nawet na rękę... - zaśmiałam się nerwowo. - Ale przepraszam.
Długa, długa chwila wypełniona niepokojącą ciszą. Whatever wreszcie poruszył się lekko. W końcu wstał, wyprostowany i z napiętymi mięśniami. O zgrozo, był wyższy. Spojrzał mi głęboko w oczy. Zaczął powoli przybliżać do mnie swój pysk.
- November... - wyszeptał mi już prawie w nos.
- Whatever? - ponagliłam, odsuwając się nieco.
- Jesteś wyjątkowa, pamiętaj o tym. Wybacz mi to zachowanie, byłaś pierwszą tak śliczną suczką - zarumieniłam się mimowolnie. - która w ogóle mnie zauważyła, powiedziała coś do mnie. Próbowałem - tragicznie - zrobić dobre wrażenie, ale teraz nie chcesz mnie znać. Wybacz. Jeśli zechcesz, mogę odejść, ale na zawsze zostanie mi wspomnienie o najpiękniejszej suczce, jaką spotkałem.
- Zostań, Takes. - mruknęłam, siadając. - Musiałabym uciekać na inny kontynent, kiedy Hamilton dowiedziałby się, że pierwszy naprawdę nowy pies odszedł przeze mnie. Nie mogę mu tego zrobić...
Westchnęłam cicho, przypominając sobie Alfę. Był dużo wyższy niż ja. Zdecydowanie nie był zwykłym aussie. Z charakteru również nie. Od starych psów, które go pamiętały, dowiedziałam się, że był wredny, oschły i nieprzyjazny. Tymczasem kiedy powiedziałam mu, że jestem silnie związana z tym światem, widziałam tą trwający ułamek sekundy myśl, to drgnienie, które sprawiło, że przyjrzał mi się jeszcze raz, dokładniej. Zastanawia mnie, co wtedy zobaczył. Z lekkim rozdrażnieniem nie mogłam zaprzeczyć, że chciałam, żeby zobaczył moją zwinność, grację, nietypowy kolor sierści, piękne oczy... Ale tak naprawdę chciałam, żeby zobaczył pod energią i żartami głębię, wrażliwość i zasady. Westchnęłam i spróbowałam skupić się na czymś innym. Ciekawe, czy Hamilton przypomina Bring The Horizona. Ciekawe, czy ja przypominam swoją matkę, Lastradę. Poczułam ukłucie w sercu. Miejsce rodziców, a zwłaszcza mamy, zawsze pozostanie niepełne, rozmyte, jak oblany wodą obraz.
- November? - mruknął Whatever, wyrywając mnie z myśli o mojej dziurawej rodzinie.
- Tak, Whatever?
- Przepraszam cię jeszcze raz. Pewnie chciałabyś pobyć sama, prawda? - westchnął.
- Tak, to prawda. Dziękuję za to, że pozwoliłeś mi pomyśleć. - uśmiechnęłam się słabo. Wątpię, czy gdyby poznał temat moich myśli, zostawiłby mnie z nimi. Zdawało mi się, że w łapie psa coś błysnęło, kiedy padł na nią promień słońca.
- Wyszło... - wyszeptał.
- Nowy promień słońca to nowe życie, nowy start, czysta karta do zapełnienia. - ukradkiem znowu spojrzałam na rozbłyskającą łapę. - Jeśli mogę spytać, co tam trzymasz?
- Gdzie? - zacisnął ją mocniej.
- W tej łapie. - wskazałam. Otworzył pysk i z powrotem go zamknął. W końcu podjął decyzję - chyba zamierzał mi powiedzieć.


Whatever? Za 1048 słów i niewyczuwanie uczuć Novu oczekuję pięknego i drogiego srebrnego naszyjnika matki z piękną historią na przeprosiny c:

piątek, 2 lutego 2018

Od Wolfika CD historii Hamiltona

Zamurowało mnie. Pomyślałem chwilę.
- W czasie wojny miałem chyba najlepiej. - zacząłem niepewnie. - Wilki nie wiedziały już po której stronie jestem. Walczyłem raczej w środku. Niestety widziałem przy tym śmierć większości. W tym najprawdopodobniej Lastrady... - sciszyłem głos. - Jak już było wiadomo, że prawie nikogo ze sfory nie ma, wilki doznały olśnienia. Jedyną możliwością była ucieczka. Przez ten czas mieszkałem w Pyskowicach. Brakowało mi wszystkiego co się tutaj działo. Później zobaczyłem budynek optyka, co bardzo przypomniało mi Horizona. Ale gdyby nie hycel, to bym dalej szukał. - zakończyłem. Hamilton pokiwał głową. Poznawałem okoliczne tereny. W oddali widziałem las, w którym spotkałem się po raz pierwszy z Lastradą. Przy okazji przypomniał mi się Ares. Myślami wróciłem do tamtych czasów. Po jakimś czasie dotarliśmy do jaskini. Prawie nic się nie zmieniło. Hamilton usiadł przy biurku.
- No więc tak - zaczął - znasz te tereny. Podstawowe chyba pytanie, gdzie chcesz zamieszkać? - spytał. Chwilę zastanowiłem się, jednak na próżno. Wiadomo było co wybiorę.
- Chciałbym tam gdzie wcześniej. Przy Kamiennej Oazie. - odpowiedziałem pewnie. Znałem następne pytanie. Hm... Nie będę już tropicielem. Wiedziałem, co będzie teraz dla mnie odpowiednie
- A jakie chciałbyś mieć stanowisko? - zapytał. Bez zastanowienia się, gdyż zrobiłem to wcześniej odpowiedziałem:
- Szpieg. - odparłem. - Hm...gdyby to co wydarzyło się jak poznałem Lassie wydarzyło się teraz,nie miałbym wytłumaczenia. Jedynym ratunkiem byłaby moja przewaga wzrostowa. - uśmiechnąłem się pod nosem

Hamilton? 

wtorek, 30 stycznia 2018

Od Hamiltona CD historii Wolfika

- No to witaj. - wykrzyknąłem z uśmiechem płynnie odwracając się w tył. - W takim razie do rzeczy. Rozejrzyj się uważnie, po lewej piasek, po prawej.. również piasek. Jesteśmy na pustyni, jeśli dobrze kojarzysz, jest to sektor..? - spojrzałem na niego unosząc brew.
- Naaaaavyyy..deer? - Odpowiedział niepewnie.
- Tak! Racja! Jesteśmy w Navydeer, czyli miejscu, gdzie psy dupami szczekają, he.. he..he. - Na wszelki wypadek zmierzyłem go wzrokiem i machnąłem łbem na znak, że ma iść za mną.
Szybka analiza danych. Wilk był mniej więcej mojego wzrostu. Posiadał dość długie łapy, podobnie jak ja. W walce, mielibyśmy zapewne równe szanse... Chyba, że adrenalina poszłaby w górę... Wtedy zastosowałbym chwyt szesnasty, przewrócił na plecy przegryzł tętnicę...
- Hamiltonie? - zapytał, a ja skrzywiłem się słysząc jak ktoś odmienia moje imię.
- Tak?
- Em.. Gdzie idziemy? - przymrużył oczy. No tak.. Cel podróży...
- Otóż. mój drogi towarzyszu, idziemy do mojej jaskini, aby wypełnić formalności, znaleźć ci zawód i dom. - uśmiechnąłem się krzywo.
- Czy to ta sama jaskinia, w której mieszkał Horizon i Nuti? - wbił we mnie swój wzrok. Gdybym nie był sobą, zapewne przeszkadzałoby mi to, że ktoś się na mnie gapi.
- Dokładnie ta sama. Musiałem wrócić do domu. Te tereny.. Ta jaskinia.. To mój dom. Nigdzie indziej nie czułbym się lepiej. To taki.. Sentyment. Miałem rok, gdy musieliśmy opuścić Sforę i nigdzie indziej nie czułem tego.. tego czegoś. Jakiś dotyk przeznaczenia, który budził mnie w nocy i nakazywał wracać tutaj jak najprędzej..
- Rozumiem cię aż za dobrze. - przytaknął.
- A co z tobą, Wolfik?  Co działo się w twoim życiu kiedy Sfora się rozpadła?

Wolfik?

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Od Whatever'a do November

Powoli szedłem przez las. Zaczynałem myśleć, że on nigdy się nie skończy. Co jakiś czas mijałem mały strumień. Wędrówka była wykańczająca, a trudno było znaleźć kawałek strumienia który nie był mocno zamarznięty. Wreszcie ujrzałem coś,co nie jest drzewem. Zdziwiłem się jeszcze bardziej,gdy okazało się, że są to kwiaty lawendy. Zachowywałem się jak gdybym wygrał milion kości. Raźnie biegłem przed siebie. Jakbym nagle się odrodził. Biegałem wszędzie, aż w końcu w oddali zauważyłem... Psa. Suczka skakała po kwiatach nie widząc mnie. Podbiegłem do niej. Gdy byłem kilka metrów od niej, wreszcie mnie zauważyła.
- Witaj. Jak się nazywasz? Chyba nie należysz do sfory? - zapytała
- Whatever It Takes. Nie należę do żadnej sfory... - odpowiedziałem suczce
- A chciałbyś dołączyć? - znowu zapytała
- Chciałbym. Nawet bardzo. A ty jak się nazywasz tak w ogóle? - zapytałem. Nie chciałem być niegrzeczny,ale chciałem wiedzieć z kim rozmawiam.
- November. Chodź za mną, Whatever it Takes! - krzyknęła i pobiegła. Po chwili do niej dołączyłem
- Możesz mówić Whatever. - uśmiechnąłem się. Doszliśmy do jaskini zapewne alfy. November zaprowadziła mnie do psa.
- Witaj,Hamiltonie. To jest Whatever it Takes. Chcę dołączyć. - przedstawiła mnie November.
- Z chęcią cię przyjmiemy Whatever it Takes'ie - powiedział Hamilton i coś tam napisał. Po załatwieniu wszystkich papierkowych spraw wyszliśmy.
- Coś pusto tutaj... - westchnąłem - ile jest psów - zapytałem z ciekawości.
- łącznie z tobą i mną to.. cztery. Kiedyś było o wiele więcej,jednak wybuchnęła wojna. Mnie jeszcze nie było wtedy na świecie...- westchnęła podobnie jak ja przed chwilą.
- Twoja matka tu była? - zapytałem
- Była. Uciekała,ale zginęła... - powiedziała.
- Przykro mi. Moi rodzice też zginęli na wojnie z wilkami. - powiedziałem i spuściłem wzrok.

November?