Pokazywanie postów oznaczonych etykietą November. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą November. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2018

Od November - Ostatnie życzenia

Obudziłam się z bólem głowy. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarzało. Pesymizm, introwertyzm? Niewątpliwie. Zapytajcie nieszczęsnego śmiałka, rycerza na białym koniu - Whatevera. Wypadałoby przeprosić, ale to bycie introwertyczką, a w dodatku duma osobista...
Coraz częściej zdaje mi się, że nie jestem dość dobrą osobą na moje stanowisko. Matka w snach nie ma już szerokiego uśmiechu, a o moich kontaktach z innymi członkami Sfory lepiej nic nie mówić.
Z każdego miejsca wygląda na mnie wspomnienie z Whateverem. Nawet, jeśli go gdzieś nie było, i tak o nim myślę. Denerwujące. 
Dużo czasu spędzam w łóżku, albo na zwiedzaniu i czyszczeniu ogromnej jaskini mamy. Jak ona mogła w tym mieszkać? Pewnie trzech czwartych nie sprzątała. Zostawiła całkiem sporo rzeczy, najbardziej jednak poruszył mnie list, zaadresowany do dziecka Lastrady i Marvela. Do mnie.
Ustaliłam, że co najmniej co trzeci dzień będę chodzić na długi spacer. Któregoś dnia zawędrowałam nad miejsce, w którym dostałam naszyjnik od Whatevera. 
- To dobry pies, a w dodatku taki kochany... - mruknęłam, starając się, by te słowa zabrzmiały przekonująco. Whatever jest dobry. 
Byłby dobrą Gammą.
Ta myśl nadpełzła z nadmiernego roztkliwienia się na temat Whatevera, zanim zdążyłam ją powstrzymać. Nie, nie, nie. Przecież już o tym myślałam.
Czy ty naprawdę myślałaś?
Czasem mam wrażenie, że w środku mojego pustego przecież łba mieszka wredne, uparte psisko, myślące to, czego myśleć nie powinnam.
- Dobra, dobra... - westchnęłam. 
Właśnie zgodziłam się na zniszczenie sobie, młodej, słodkiej dwulatce, życia. W imię czego? Spokoju we własnym, pełnym urojeń łbie. Hej, to on jednak nie jest pusty?
Może być mały kłopot z wykonaniem, ale to pestka. Zdeterminowanie wszystko zwycięży.
Wykąpałam się i rozczesałam futro. Kilka kropli olejku różanego dodatkowo dodało mi uroku. Tak wyekwipowana mogłam ruszyć do Whatevera.
Ding, dong! - zawołałam śpiewnie, pukając do jego jaskini. Border otworzył z bardzo zaskoczoną miną.
- Cześć. Co cię tu sprowadza? - zapytał niepewnie, lustrując mnie wzrokiem. Nagle drgnął i zaprosił mnie do środka. Minęłam próg i usiadłam.
- Whaty... - mruknęłam pociągle. Uniósł jedną brew do góry. 
- Tak, Novy? - odparł z cieniem uśmiechu. Gestem myśli spróbowałam uspokoić skręcony żołądek i odetchnęłam.
- Czy ja ci się... podobam? - zapytałam, prosto z mostu i na dodatek z głupim uśmiechem. Cóż, jak kocha, to nie ucieknie, prawda?
Pies zamarł. Jego ciemne oczy rozwarły się szerzej, a spojrzenie uciekło byle dalej ode mnie.
No... Ummm... - jęknął, spuszczając głowę jeszcze niżej.
Whaty? - ponagliłam cicho, podchodząc bliżej.
- Tak - wymamrotał cichutko, kuląc się jeszcze bardziej. 
Zmusiłam się, żeby dotknąć jego miękkiego czoła nosem.
Ja ciebie też - szepnęłam wprost do jego ucha.
Uniósł nieśmiałe spojrzenie. Mi powoli kończyły się pomysły, jakie uczucia powinnam odgrywać. Co czułam? Nic, jeśli nie liczyć narastającej paniki.
Czy chcesz, żebym cię o coś zapytał? - spytał łamiącym się, może ze wzruszenia?, głosem.
- Tak... - szepnęłam, kiwając głową. Odetchnął głęboko.
- November, czy zechciałabyś być moją partnerką? 
- Tak! - pisnęłam, starając się z całych sił wyglądać na wzruszoną i zakochaną.
Wtuliłam się w niego, tylko po to, żeby dać na moment odpocząć mięśniom pyska. 
- Whaty... - mruknęłam.
Tak, Novy?
- Wiesz, że jesteś teraz samcem Gamma? - spytałam, wlepiając w niego spojrzenie.
- Najważniejsze dla mnie jest, że mam ciebie, kochanie - odpowiedział czule. Przygryzłam wargę.
- Jeśli ci to nie przeszkadza, mogłabym pójść na godzinę do siebie? Postaram się spakować... - szepnęłam, czując rosnącą gulę w gardle. To się zbliżało.
- Dobrze, Novy. Wrócisz do mnie na noc, czy zostaniesz u siebie?
- U siebie - zadecydowałam szybko. - Pójdziesz mnie rano odwiedzić?
- Oczywiście, jeśli chcesz... - uśmiechnął się.
- Do zobaczenia jutro, Whatever.
- Do zobaczenia, kochanie.
Opuściłam jego dom. Powinnam odetchnąć z ulgą, ale z każdą chwilą coraz mocniej się trzęsłam.
- A może by tak żyć dalej jako jego partnerka? - szepnęłam do siebie.
On mnie naprawdę kochał, problem był w tym, że ja jego nie i nie widziałam na to nadziei.
Stanęłam przed jaskinią mojej matki. Na sporym kawałku papieru napisałam list.

Drogi Whateverze,
Wybacz. Nie mogłam inaczej. Zawsze wiedziałam, że byłbyś lepszym Gammą ode mnie. Dzisiaj postanowiłam dać spokój.
Proszę, ułóż sobie życie z kimś, kto będzie cię kochał. Ja tego nie czułam. Proszę, bądź szczęśliwy. Nie płacz za mną.
Żal mi opuszczać te miejsca, których nawet dobrze nie poznałam. Matka się nie cieszy. Według niej powinnam pozostać tu z tobą, ale ja wiem, że jest inaczej.
Żegnaj, panie Takes.
Żegnaj, drogi Whateverze.
Żegnajcie wszyscy.
Moje ciało czeka w sypialni, dusza zaś pozostanie z wami na zawsze.

Położyłam list przed drzwiami. Bałam się jak nigdy dotąd. Poszłam do pomieszczenia, które służyło mi za sypialnię. Uniosłam krótki sztylet, ostatni raz zapłakałam, spojrzałam w okno i wbiłam go w siebie.
To był mój koniec.


The End.
List do wszystkich jest w postach roboczych. 
Pamiętajcie, żeby usunąć moje imię i wstawić tam Whatevera. Niestety moja nikła ilość władzy od Hamiltonka mi na to nie pozwala.

sobota, 17 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera

- Oczywiście, że nic mi się nie stało - prychnęłam. - Nie jestem głodna, zostaw jelenia dla siebie.
- O nie, ten jest dla ciebie - zaprotestował.
- Nie jestem głodna. Ochoty na gości też nie mam. Idź sobie - warknęłam. Whatever próbował z całych sił, ale i tak wygoniłam go za drzwi. Po chwili jednak głowa psa wsunęła się do mojego domu.
- November...
- Czego? - warknęłam zirytowana.
- Pada.
Westchnęłam.
- Wchodź.
- Dzięki - ucieszył się. Mimo, że na dworzu stał może minutę, był cały mokry, o czym boleśnie się dowiedziałam, kiedy postanowił się wytrzepać.
- Auć! - pisnęłam, kiedy setki małych, mokrych kropelek wbiły się w moje futro. Postanowiłam się osuszyć. Wzięłam hubkę i krzesiwo. W kącie miałam poukładane kilka szczap drewna, które niedawno zebrałam. Z posłanka wyciągnęłam garść słomy i z pomocą tych rekwizytów już po krótkiej chwili w mojej jaskini po raz pierwszy za mojego panowania zapłonął ogień. Dla zapachu dorzuciłam wiązkę lawendy, którą wziął ze sobą mój gość. Usiedliśmy jak najbliżej ogniska, starając się ogrzać i wysuszyć. Wtem wpadłam na pomysł, który mógłby jeszcze umilić ten wieczór. Przyciągnęłam bliżej nieżywego jelenia. Zdjęłam z niego skórę i oddzieliłam od niej resztki. Wystawiłam ja na dwór włosiem do dołu, żeby zmiękła - może któreś z nas zrobi sobie potem lepsze posłanie.
- Ty trzymasz za rogi, ja za nogi - poinstruowałam psa. Trzymaliśmy zwierzaka nad ogniem. Już po chwili rozszedł się zapach pieczonego mięsa. Wreszcie kiedy nie mogliśmy już wytrzymać z łapami w górze, dałam psu znak, żeby puścił rogi.
- Ale nie w ognisko! - jęknęłam, patrząc bezradnie, jak mięso spada w dół. Wyciągnęłam je szybciutko. Względnie równo rozerwałam na pół i podałam jedną część Takesowi. Posilaliśmy się w milczeniu. Rozkoszowałam się gorącym mięsem. To było takie cudowne, w tym całym zimnie zjeść coś ciepłego.
- Pójdę po jeszcze trochę drewna. Nie martw się, niedługo wrócę - dodałam, widząc minę psa. - To nie podlega dyskusji, Whatever. Dzięki za troskę, ale z chęcią się... przejdę.
Wyszłam z domu. Wichura natychmiast mnie zaatakowała. Czułam, jak moja sierść nasiąka wodą i robi się ciężka. Wokół ciemno, choć oko wykol. Westchnęłam cichutko, czując się nagle mała i samotna. Chyba jednak nie wrócę tam, do siebie - gdybym chciała tam wrócić, już stałabym pod drzwiami.
Szłam więc dalej, smagana wiatrem i deszczem. Przede mną, za mną, wszędzie dookoła - lawendowe pole.



The end. 

Od November CD historii Hamiltona

Udałam, że się namyślam.
- Pomyślmy... Nie, powinnam na dzisiaj być wolna - uśmiechnęłam się.
- Czyli udało mi się wstrzelić w lukę? - puścił mi oczko.
- Masz wyjątkowe szczęście, nieczęsto się to zdarza - rzuciłam mu powłóczyste spojrzenie. Oddał je.
- A kogo ostatnio odrzucałaś? - zapytał, niby to żartem.
- Jakby się zastanowić, ostatnio najczęściej uciekam przed Whateverem - uznałam, spoglądając na niego z zaciekawieniem.
- Masz z nim kłopot? - spytał troskliwie.
- Raczej to on ma ze mną - zaśmiałam się.
- Co mu robisz?
- Grożę mu, wyzywam go, jestem niezwykle niestała w uczuciach... - wymieniłam z ociąganiem.
- Od miłości do nienawiści? - ukrył niepokój.
- Raczej od nienawiści do rozpaczliwej próby tolerancji.
Zdawało mi się, że odetchnął z ulgą, ale to chyba tylko przeczucie.
- Jesteśmy, Milady - mruknął Hamilton, szturchając mnie lekko.
- Zdajesz sobie sprawę, że Milady oznacza „moja pani”, a nie „pani”? - zapytałam, spoglądając na niego.
- Jasne, że tak - usłyszałam. Rozejrzałam się, ale psa nigdzie nie było widać. Wtem coś przysłoniło mi świat. Poruszyłam się niespokojnie.
- Kto tam? - zapytałam dziecinnie.
- Zgadnij. Puszczę cię, ale obiecaj mi, że nie otworzysz tych ślicznych ocząt.
Wzięłam głeboki wdech i opuściłam wolno powieki.
- Gotowe, Hamilton.
- I nie otwieraj! - usłyszałam. Kroki psa powoli cichły.







<Hamilton?> To w zamierzeniu miało być walenynkowe...

poniedziałek, 12 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera

Wyprostowałam się gwałtownie.
- Nic, nieważne.
- Na pewno? - drążył uparcie.
- Tak, na pewno. Wiesz, Takes, sądzę, że powinnam już iść do siebie - rzuciłam, wstając. Stawiając długie, szybkie kroki wysunęłam się z jaskini. Burza rozkręciła się na dobre, gdzieś za mną huknął grzmot. Wzdrygnęłam się i rozejrzałam, próbując znaleźć odpowiedni kierunek. Uznałam wreszcie, że pójdę w lewo. Byłam już kompletnie przemoczona, sierść nasiąkła wodą. Przyspieszyłam.
- Gdzie jest mój dom? - jęknęłam. Ledwie usłyszałam swój głos w huku deszczu i piorunów.
Po swojej prawej stronie dostrzegłam ciemniejszą plamę. Zmarszczyłam brwi i podeszłam w tamtą stronę. Ku mojej wielkiej uciesze ciemna plama okazała się moją jaskinią. Z poczuciem klęski osobistej wsunęłam się do niej. Zostawiając po sobie mokre ślady i dygocząc, wsunęłam się pod koc, starając się zasnąć.
- Ciekawe, co robi pan Takes - mruknęłam, zamykając oczy. Miałam wrażenie, że słyszę jakieś kroki, ale zignorowałam to.






<Whatever? Błagam, ja chcę już to zakończyć.>

wtorek, 6 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera

W czasie opowiadania psa spuściłam głowę. Miał trudniejszą historię niż ja. Próbowałam przykryć zmieszanie parsknęciem, ale to raczej nie była dobra odpowiedź. Spojrzałam na najniższą perłę - jedyną, do której dosięgałam wzrokiem. Zakołysała się lekko, pobłyskując z mojej długiej sierści.
- I znalazłem sforę. - zakończył Whatever.
- Niełatwa historia. - przyznałam.
- Może przybliżysz swoją? - zapytał niepewnie.
- Moja matka uciekała. Popełniła samobójstwo albo zmarła z wycieńczenia, tego nie wiem. Ojciec zaginął, ja żyłam dwa lata w innej sforze, aż nęcona zapachem przeszłości uciekłam. Doszłam tutaj, przeżyłam odwiedziny kuzyna i twoje, a teraz siedzę z tobą, żeby nie było ci przykro. - uśmiechnęłam się krzywo. Znowu źle.
- Rozumiem... - westchnął. - Może lepiej już pójdę.
Odczekał chwilę, jakby oczekując, że cokolwiek powiem, aż westchnął jeszcze raz i odszedł kilka kroków.
- Stój.
Stanowczy, silny głos. Ćwiczyłam go tyle razy. Zatrzymał się i obrócił głowę w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja aż zadrżałam pod jego wzrokiem. Stanowczość i siłę o ogon otłuc. Było pełne wyrzutu, który pewnie ukrywał przy mnie, i smutku.
- Gdzie mieszkasz? - zapytałam.
- Moja jaskinia jest przy dużym dębie - odparł. Znowu zaczął iść. Tym razem go nie zatrzymywałam. W końcu znalazłam jego dom. Uśmiechnęłam się szeroko i wypuściłam na ziemię zbieraną przez drogę wiązankę lawendy. Po dwóch godzinach połowę podłogi zaścielały cienkie wiązanki, a w rozgrzanym powietrzu unosił się słodki zapach fioletowego kwiecia. Rozsunęłam je tak, żeby leżały w większych odstępach na całej długości i szerokości.
- Lawendowa Dusza spełniła zadanie. Hej, jak to ładnie brzmi. - ucieszyłam się. - Lawendowa Dusza. Lavender Soul.
Poodsuwałam kwiaty w jednym miejscu, tworząc elipsę o wielkości zwiniętego psa, żeby Takes miał gdzie spać. Ułożyłam się tam na próbę. Przymknęłam oczy. Coraz mocniej czułam, że jestem związana z tymi skałami, z tą ziemią i tajemniczą pachnącą lawendą.
- Jesteś moim przeznaczeniem, November. - tłumaczył mi border.
- Pozwól mu, kochanie. - spojrzała na mnie czarnobiała suczka. Nasze spojrzenia się zetknęły. Jej ciemne oczy emanowały jakimś bardzo silnym uczuciem, którego nie umiałam nazwać.
- To będzie dobry partner. - przytaknął jakiś podobny do wilka pies. 
- Ale ja nie chcę! Ja już jestem zakochana, mamo. - potrząsnęłam głową.
- Kochanie, nie jesteś odpowiednia dla tego psa. Przestań o nim myśleć. Dość tego. Okazał ci dość dobroci, a Whatuś jest dla ciebie stworzony, tak jak ty dla niego. - zmierzyła mnie spojrzeniem. Dziwnie smutnym spojrzeniem...
- Nie cierpię go. 
- Jeszcze ci się spodoba. - zapewniła mnie.
- November, obudź się!
Otworzyłam oczy, czując czyjś dotyk na uszach. Pochylał się nade mną Whatever.
- Ups? - przygryzłam wargę. Decyzję podjęłam w ułamku sekundy. Rzuciłam się do wyjścia, rozkopując dywan lawendy. Biegłam, byle dalej od tego miejsca. W oczach zaczęły mi się tworzyć łzy. Usiadłam, starając się je opanować, ale pociekły jeszcze żywiej.




Whatever? Nie obiecywałam stałości w uczuciach...

sobota, 3 lutego 2018

Od November CD historii Whatevera


Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o jakichś niezbyt ważnych sprawach. Pożegnałam się dość szybko; byłam już bardzo zmęczona. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy pies zamiast pójść w swoją stronę i dać mi spokój, poszedł za mną.
- Czemu za mną idziesz? - zapytałam, starając się, żeby to nie było warknięcie.
- Idę do domu. - odpowiedział wesoło.
- Gdzie mieszkasz? Wiesz już?
- To pole, gdzie cię spotkałem, jest śliczne... I chyba chcę mieszkać tam! - zachichotał. Jęknęłam głośno.
- Nie możesz mieszkać gdzieś indziej? - westchnęłam.
- Czemu? - zdziwił się.
- Bo ja tam mieszkam. - zagryzłam kły. Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.
- Mieszkasz w jedynym mieszkaniu, tak? - zapytał w końcu.
- Nie, ale naprawdę cenię sobie prywatność. - siliłam się na spokój.
- Oki, nie będę ci przeszkadzał. Obiecuję! - uśmiechnął się szeroko. Doszliśmy już do jakiejś jaskini. Whatever za wszelką cenę usiłował zaprosić mnie do środka, ale dzielnie mu się oparłam.
Do swojego domu przyszłam ostatnimi siłami. Zabrałam z niego tylko koc. Okrywając nim grzbiet, wyszłam na dach swojej jaskini po dużych kamieniach opartych o jej tylną ścianę. Noc była zimna, ale niebo pełne pięknie błyszczących gwiazd. Jedna z nich jakby się poruszyła. Przetarłam oczy, ale ona na pewno spadała.
- Chcę znaleźć szczęście. - wyszeptałam, patrząc, jak zsuwa się coraz niżej jak kropla po szybie.

*****
- November! Noveembeeer! No-vem-ber! - usłyszałam głośny wrzask. Szybko otworzyłam oczy. Pode mną stał Whatever, wydzierając się z całych sił jego jeszcze niestety całych strun głosowych.
- O co chodzi? - wymamrotałam. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mógł nie usłyszeć, więc powtórzyłam głośniej. - Hm?
- Szukałem cię w twojej jaskini, ale cię nie było. Straciłem już nadzieję, a tam twój ogon zwisa. - zaśmiał się. Szybko podwinęłam ogon pod siebie.
- Co ci mówiłam o prywatności? - zapytałam, zeskakując wdzięcznie. Nie mogłam mu zdradzić drogi na dach.
- Oj tam! - machnął łapą. - To była piękna noc. Myślałem o moim wczorajszym zachowaniu... Doszedłem do wniosku, że powinnaś mnie przeprosić.
Zamurowało mnie.
- Co? - wyrwało mi się.
- Byłem taki miły, i nawiązywałem kontakt, dbałem o to, żebyś się nie nudziła, a ty zachowywałaś się tak wrednie. - wyliczał, nawet na mnie nie patrząc.
- W takim razie po prostu znajdź sobie inną suczkę do poprawy humoru. Ja mam dosyć twojego kontaktu, jak to nazywasz. Cenię sobie święty spokój i towarzystwo psów, które na to zasłużyły, a ty tylko ciągle nawijasz - w dodatku bez sensu! Najchętniej wyrzuciłabym cię ze sfory, ale nie ja o tym decyduję. Zejdź mi z oczu, albo to zrobię. - wysyczałam, odwracając się. Głośno tupiąc, odeszłam dumnie w stronę swojego domu. Posłanie było rozkopane. Gdyby w pomieszczeniu było więcej rzeczy, na pewno byłyby pootwierane i rozwalone.
Klnąc pod nosem, zaczęłam zamiatać. Piękny początek kariery, młoda Gammo. Mamusia byłaby dumna. Co ja najlepszego zrobiłam?
Wybiegłam z domu, nawet nie dbając o zasunięcie zasłonki. Rozejrzałam się rozpaczliwie w poszukiwaniu Whatevera, ale z początku nigdzie go nie zauważyłam. Dopiero po dłuższej chwili i dobrym wytężeniu wzroku ujrzałam ciemną plamę. Zrobiłam kilka szybkich kroków w tamtą stronę. Pies siedział zgarbiony. Doszłam do niego niemal bezszelestnie.
- Whatever It Takes? - mruknęłam, dotykając jego barku. Drgnął gwałtownie; chyba osiągnęłam zamierzony efekt zaskoczenia.
- O co chodzi, November? - zapytał bezbarwnie.
- Ja cię przepraszam. - wydusiłam z siebie. Bóg jeden wie, ile mnie to kosztowało wysiłku - przeproszenie tak znienawidzonego od pierwszego wejrzenia psa.
- Nie, to ja powinienem cię przeprosić. - odpowiedział spokojnie.
- Cofam to, co powiedziałam. Nawet jeśli nigdy nie będziesz moim ulubionym psem, nie mam prawa wyrzucać cię ze sfory. Mój charakter taki jest, mam dzisiaj zły dzień, nie wyspałam się. Jestem zazwyczaj energiczną duszyczką towarzystwa, ale byłam wczoraj bardzo zmęczona, dzisiaj rano to tylko się spotęgowało. Możesz mi nie wybaczyć, unikać mnie jak ognia - co będzie mi nawet na rękę... - zaśmiałam się nerwowo. - Ale przepraszam.
Długa, długa chwila wypełniona niepokojącą ciszą. Whatever wreszcie poruszył się lekko. W końcu wstał, wyprostowany i z napiętymi mięśniami. O zgrozo, był wyższy. Spojrzał mi głęboko w oczy. Zaczął powoli przybliżać do mnie swój pysk.
- November... - wyszeptał mi już prawie w nos.
- Whatever? - ponagliłam, odsuwając się nieco.
- Jesteś wyjątkowa, pamiętaj o tym. Wybacz mi to zachowanie, byłaś pierwszą tak śliczną suczką - zarumieniłam się mimowolnie. - która w ogóle mnie zauważyła, powiedziała coś do mnie. Próbowałem - tragicznie - zrobić dobre wrażenie, ale teraz nie chcesz mnie znać. Wybacz. Jeśli zechcesz, mogę odejść, ale na zawsze zostanie mi wspomnienie o najpiękniejszej suczce, jaką spotkałem.
- Zostań, Takes. - mruknęłam, siadając. - Musiałabym uciekać na inny kontynent, kiedy Hamilton dowiedziałby się, że pierwszy naprawdę nowy pies odszedł przeze mnie. Nie mogę mu tego zrobić...
Westchnęłam cicho, przypominając sobie Alfę. Był dużo wyższy niż ja. Zdecydowanie nie był zwykłym aussie. Z charakteru również nie. Od starych psów, które go pamiętały, dowiedziałam się, że był wredny, oschły i nieprzyjazny. Tymczasem kiedy powiedziałam mu, że jestem silnie związana z tym światem, widziałam tą trwający ułamek sekundy myśl, to drgnienie, które sprawiło, że przyjrzał mi się jeszcze raz, dokładniej. Zastanawia mnie, co wtedy zobaczył. Z lekkim rozdrażnieniem nie mogłam zaprzeczyć, że chciałam, żeby zobaczył moją zwinność, grację, nietypowy kolor sierści, piękne oczy... Ale tak naprawdę chciałam, żeby zobaczył pod energią i żartami głębię, wrażliwość i zasady. Westchnęłam i spróbowałam skupić się na czymś innym. Ciekawe, czy Hamilton przypomina Bring The Horizona. Ciekawe, czy ja przypominam swoją matkę, Lastradę. Poczułam ukłucie w sercu. Miejsce rodziców, a zwłaszcza mamy, zawsze pozostanie niepełne, rozmyte, jak oblany wodą obraz.
- November? - mruknął Whatever, wyrywając mnie z myśli o mojej dziurawej rodzinie.
- Tak, Whatever?
- Przepraszam cię jeszcze raz. Pewnie chciałabyś pobyć sama, prawda? - westchnął.
- Tak, to prawda. Dziękuję za to, że pozwoliłeś mi pomyśleć. - uśmiechnęłam się słabo. Wątpię, czy gdyby poznał temat moich myśli, zostawiłby mnie z nimi. Zdawało mi się, że w łapie psa coś błysnęło, kiedy padł na nią promień słońca.
- Wyszło... - wyszeptał.
- Nowy promień słońca to nowe życie, nowy start, czysta karta do zapełnienia. - ukradkiem znowu spojrzałam na rozbłyskającą łapę. - Jeśli mogę spytać, co tam trzymasz?
- Gdzie? - zacisnął ją mocniej.
- W tej łapie. - wskazałam. Otworzył pysk i z powrotem go zamknął. W końcu podjął decyzję - chyba zamierzał mi powiedzieć.


Whatever? Za 1048 słów i niewyczuwanie uczuć Novu oczekuję pięknego i drogiego srebrnego naszyjnika matki z piękną historią na przeprosiny c:

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Od November Quest V do Hamiltona

Biegam po lesie, goniąc dla zabawy króliczki. Pomagają mi wiewiórki, niebieska, różowa i zielona. W końcu złapaliśmy jednego króliczka. Trzymam go w łapach, a on nagle zaczyna stukać. Stukanie robi się coraz bardziej uporczywe i denerwujące.
- Przestań! No, przestań wreszcie! - burczę, potrząsając nim. W końcu tupię ze złości...
I wtedy się obudziłam. Spostrzegłam, że leżę na podłodze, a nie na prowizorycznym posłanku zrobionym wczoraj wieczorem. Koc, który dał mi wczoraj Hamilton leżał dobre pół metra ode mnie, skopany. Najwyraźniej moje silne tupnięcie zrzuciło mnie z łóżka, a biedny kocyk oberwał już wcześniej.
Znowu usłyszałam stukanie. Rozejrzałam się w poszukiwaniu uszatego, ale dźwięk dochodził od strony wejścia. Podeszłam tam i odsunęłam zasłonkę.
- Chyba obudziłem? - uśmiechnęła się szeroko stojąca w progu osoba.
- Niewątpliwie. - burknęłam.
- Może któreś z twoich rodziców opowiadało ci o mnie? - zapytał słodko pies. Przypatrzyłam się mu uważniej. Rysy jego pyska były nawet nieco podobne do tych, które widywałam w lustrze.
- Nie wiem, z kim rozmawiam. - powstrzymałam się przed zaciągnięciem zasłonki i wykonaniu porannej toalety.
- Och, czyżbym się nie przedstawił? - klasnął. - Mam przyjemność z November?
- Tak, a czy to coś zmienia? - zdziwiłam się.
- Nawet bardzo dużo. - pies uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe, po czym głęboko odetchnął. - November, kochanie!
Stałam sztywno jak przyklejona do podłogi. Jeszcze nikt nie mówił mi per „kochanie”, zwłaszcza nieznajomy pies zwlekający mnie rankiem z łóżka. Nieznajome psy raczej nie wyściskiwały mnie z całych sił po kilku minutach rozmowy.
- Nadal nie wiem, kim pan jest. - wycedziłam, podejmując próbę oderwania się od niego.
- Jaki pan, jestem twój kuzyn Charming Prince! Syn ciotki Sophie!
Chyba oczekiwał, że pokiwam ze zrozumieniem głową i zaproszę go do domu, dlatego wyglądał na dość zdziwionego, kiedy tylko uniosłam jedną brew.
- Moja matka miała siostry? - spytałam.
- Nie, moja mamusia Sophie to siostra twojego ojca Marcela! - zachichotał, jakbym powiedziała coś zabawnego.
- Chodzi ci o Marvela, prawda? - zmarszczyłam brwi.
- Może i tak. - machnął łapą. - Nie to jest ważne. Prowadzę z tobą tą wesołą i uprzejmą rozmowę, żebyś wpuściła mnie do środka, gdzie mógłbym wreszcie powiedzieć cel mojej niezapowiedzianej wizyty.
- Równie dobrze zrobisz to przed drzwiami. - parsknęłam.
- Drzwiami był tego nie nazwał. Poza tym - zniżył głos do szeptu. - to zbyt ważne, żeby mówić o tym przy wszystkich.
- Wybacz, ale nie skorzystam. Nie potrzebuję tych twoich tajnych informacji. - przy ostatnich słowach zrobiłam łapami cudzysłów.
- A jeśli mogą uratować życie wielu osób? - zapytał, przytrzymując łapą zasłonkę, którą właśnie próbowałam zasunąć. Zrezygnowałam i wpuściłam go do środka.
Rozglądał się bacznie po mojej jaskini. Wprowadziłam się wczoraj wieczorem, więc jedyne obiekty to jakieś prowizoryczne posłanko i skopany koc. Nie zdążyłam nawet posprzątać. Ignorując go, zaczęłam poprawiać łóżko. Posłałam je kocem od Hamiltona, wytrzepując go najpierw.
- Co to za życiodajna wiadomość? - spytałam, siadając na środku koca.
- Z tym ratowaniem świata żartowałem. - oświadczył z kpiącym uśmiechem. - Jesteś bardzo łatwowierna. Mam za to propozycję, która diametralnie zmieni twoje życie... Jeśli się zgodzisz.
- Jaka to propozycja?
Uklęknął.
- Wyjdziesz za mnie?
Osłupiałam. Otworzyłam lekko pysk ze zdumienia. Pies spojrzał na mnie wyczekująco. Chwilę potem parsknął głośnym śmiechem.
- Gdybyś widziała swoją minę! - wrzasnął, ledwie trzymając się na łapach. - Tak naprawdę chodzi mi o to... Zostałem Alfą w pewnej pięknej, rajskiej sforze. Chciałbym mieć partnerów w swoim wieku. Proponuję ci propozycję nie do odrzucenia. Kiedy ją usłyszysz, oniemiejesz. Będziesz mi dziękować, będziesz pytać, czy podołasz, jednak potrzebuję pewnej zaufanej pięknej suczki...
- Konkretniej? - przynagliłam, zirytowana.
- Zostałaś Betą Heaven Garden! - wykrzyknął.
- Hej, ja już mam stanowisko. - warknęłam.
- Chodzi ci o tą nic nie wartą posadeczkę w rozsypanej sfórce? - parsknął kpiąco. - Mała, zostałaś Betą Niebiańskiego Ogrodu!
- Nie zostałam. - powiedziałam stanowczo. - Nie wątpię, Prince, że jesteś moją rodziną, a może i wątpię? W każdym razie nie przyjmuję tego stanowiska. Bycie w tej Sforze to największy zaszczyt, jaki mógł mnie spotkać. Nie zmieni tego jakiś głupi kuzynek z wątpliwym poczuciem humoru.
- Ach tak? Więc siedź sobie w tej rozsypującej się samotnej ruderze do końca swoich dni! I...
- Zdania nie zaczyna się od więc. - przerwałam mu z czarującym uśmiechem. Gestem łapy wskazałam mu wyjście. Wybiegł bez słowa pożegnania. Jeszcze kilka minut dobiegały do mnie jego głośne wyrzekania gęsto przeplatane przekleństwami. Właśnie zabierałam się do wyjścia na polowanie, kiedy do moich uszu dobiegł czyjś zaniepokojony głos.
- November?


Hamilton?

Zaliczone! 

sobota, 27 stycznia 2018

"Wszystko, czego potrzebujesz, jest po drugiej stronie strachu" - November

Nie próbuj wyprowadzać jej z równowagi, bo zginiesz od nadmiaru jadu.
Mimo swojego temperamentu, Novi marzy o kochającym partnerze i małych włochatych kulkach. 
Poznajmy energiczną, upartą i odważną Samicę Gammę naszej sfory - November!