- Nie! - krzyknąłem, ale suczki już nie było. ,,Uspokój się,Takes. Nic jej się nie stanie." Mówiłem ciągle w myślach. Zamierzałem czymś zająć umysł,czekając na koniec burzy. Zresztą i tak bym tu został, bo bardzo ciekawiły mnie te wszystkie zakamarki. Powoli ruszyłem korytarzami co chwilę odkrywając kolejne wejścia. Przy którymś korytarzu zobaczyłem wpadające promienie s Od łońca. Podbiegłem tam i wyjrzałem przez dość duże "okno". Dotarłem na inne tereny,jednak niemniej ładne niż lawendowe pole. Jednym skokiem pokonałem przeszkodę i sprawnie odbiłem się od kamieni. Rozejrzałem się dokładnie zapamiętując okolicę. Nie chciałem się zgubić,jednak w koñcu gdzieś musiałem wyjść poza znane mi dotąd tereny. Słyszałem, że w terenach sfory są także magiczne,ale takiego czegoś nie przewidziałem. Przede mną był wielki wodospad a spływała z niego żłota woda. Przy brzegu był lód,co nadawało większy efekt zamarzniętej złotej wodzie. Po chwili jednak ruszyłem dalej. Kilka godzin później wróciłem do siebie. Chciałem pójść do November. Ruszyłem w stronę jej domu. Po drodze napotkałem dorodnego jelenia. Zakradłem się do niego i rzuciłem na szyję. Po kilku minutach jeleń upadł. Zaniosłem go pod drzwi domu November. Lekko zpukałem do jej drzwi. Po chwili suczka mi otworzyła.
- Czego? - zapytała
- Jesteś może głodna? - zapytałem wskazując jelenia - A tak na serio, to przyszedłem przeprosić i upewnić się, że nic ci się nie stało. Jednak jeleń i tak dla ciebie - powiedziałem i popatrzyłem się w oczy suczki.
November? Dałam ci chociaż na kilka godzin spokój xD
czwartek, 15 lutego 2018
środa, 14 lutego 2018
Walentynki!
Z okazji Święta Zakochanych życzymy Wam przede wszystkim wiele miłości (nie tylko tego dnia, a każdego z 365 dni w roku) oraz dużo weny do pisania opowiadań! ♥

Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu również nowy, tymczasowy wygląd bloga. ♥
Dla poszukujących nowych zadań; za opowiadanie o tematyce walentynkowej wysłane do dnia 18 lutego, czeka na was nagroda w postaci 50 LDK!
//Hamilton
poniedziałek, 12 lutego 2018
Od November CD historii Whatevera
Wyprostowałam się gwałtownie.
- Nic, nieważne.
- Na pewno? - drążył uparcie.
- Tak, na pewno. Wiesz, Takes, sądzę, że powinnam już iść do siebie - rzuciłam, wstając. Stawiając długie, szybkie kroki wysunęłam się z jaskini. Burza rozkręciła się na dobre, gdzieś za mną huknął grzmot. Wzdrygnęłam się i rozejrzałam, próbując znaleźć odpowiedni kierunek. Uznałam wreszcie, że pójdę w lewo. Byłam już kompletnie przemoczona, sierść nasiąkła wodą. Przyspieszyłam.
- Gdzie jest mój dom? - jęknęłam. Ledwie usłyszałam swój głos w huku deszczu i piorunów.
Po swojej prawej stronie dostrzegłam ciemniejszą plamę. Zmarszczyłam brwi i podeszłam w tamtą stronę. Ku mojej wielkiej uciesze ciemna plama okazała się moją jaskinią. Z poczuciem klęski osobistej wsunęłam się do niej. Zostawiając po sobie mokre ślady i dygocząc, wsunęłam się pod koc, starając się zasnąć.
- Ciekawe, co robi pan Takes - mruknęłam, zamykając oczy. Miałam wrażenie, że słyszę jakieś kroki, ale zignorowałam to.
<Whatever? Błagam, ja chcę już to zakończyć.>
- Nic, nieważne.
- Na pewno? - drążył uparcie.
- Tak, na pewno. Wiesz, Takes, sądzę, że powinnam już iść do siebie - rzuciłam, wstając. Stawiając długie, szybkie kroki wysunęłam się z jaskini. Burza rozkręciła się na dobre, gdzieś za mną huknął grzmot. Wzdrygnęłam się i rozejrzałam, próbując znaleźć odpowiedni kierunek. Uznałam wreszcie, że pójdę w lewo. Byłam już kompletnie przemoczona, sierść nasiąkła wodą. Przyspieszyłam.
- Gdzie jest mój dom? - jęknęłam. Ledwie usłyszałam swój głos w huku deszczu i piorunów.
Po swojej prawej stronie dostrzegłam ciemniejszą plamę. Zmarszczyłam brwi i podeszłam w tamtą stronę. Ku mojej wielkiej uciesze ciemna plama okazała się moją jaskinią. Z poczuciem klęski osobistej wsunęłam się do niej. Zostawiając po sobie mokre ślady i dygocząc, wsunęłam się pod koc, starając się zasnąć.
- Ciekawe, co robi pan Takes - mruknęłam, zamykając oczy. Miałam wrażenie, że słyszę jakieś kroki, ale zignorowałam to.
<Whatever? Błagam, ja chcę już to zakończyć.>
niedziela, 11 lutego 2018
Od Commanda CD historii Elizabeth
Nieznajoma postać przyglądała mi się uważnie, wbijając we mnie nieprzyjemne spojrzenie. Stałem naprzeciwko niej, ostrożnie lustrując ją moim zdrowym okiem. Fizycznie dzieliła nas niewielka odległość, mnie natomiast wydawała się to ogromna przepaść. Nie byłem w stanie od razu jej zaufać, w zasadzie to oboje nie byliśmy w stanie, stąd nastąpiła dłuższa chwila milczenia. Niewiele niższa ode mnie suczka o różnokolorowych oczach wreszcie postanowiła odezwać się jako pierwsza.
- Co tu robisz? - chłodny, wysoki głos dotarł do moich uszu, rozbrzmiewając echem w mojej głowie. Minęło sporo czasu odkąd ostatnio z kimś rozmawiałem. Pytanie nie zabrzmiało przyjaźnie, co wcale mnie nie zdziwiło. Nie liczyłem na wiele.
- Nie widać? - mruknąłem beznamiętnie. - Stoję. Marnuję kolejne minuty mojego nędznego życia. I powietrze, którym oddycham. - przekręciłem głowę w prawą stronę. Uniosła jedną brew. - Jak masz na imię, piękna damo? - parsknąłem. Nieznajoma przewróciła oczyma i westchnęła cicho. - I co tutaj robisz o takiej godzinie, w dodatku sama? - dodałem, na pokaz udając zatroskanego. Dobrze wiedziałem, że mi nie uwierzy.
- Nie twoja sprawa. - burknęła oschle. Odchyliłem uszy do tyłu i skrzywiłem się.
- Dobrze. - odparłem. - Masz rację, nie muszę wiedzieć. - przytaknąłem. Jakaś cząstka mnie chciała odwrócić się i odejść. Już miałem to zrobić, lecz coś podpowiadało mi, by jednak zostać. Może dlatego, że byłoby to zwyczajnie niegrzeczne? Ale kto by się tym przejmował...
Mimo wszystko uznałem, że mogłaby być to niepowtarzalna okazja, której nie mogłem tak po prostu odrzucić. Przez moment biłem się z myślami, patrząc w bok, nie okazując przy tym skruchy. Skierowałem swój wzrok na suczkę, nasze spojrzenia się spotkały.
- Command. - oznajmiłem pustym tonem. - Czy teraz mógłbym poznać twoje imię? - spytałem.
- Elizabeth. - westchnęła po raz kolejny, wciąż obarczając mnie nieufnym spojrzeniem. - Co tu robisz? - powtórzyła pytanie.
- Spacerowałem po okolicach. - przyznałem zgodnie z prawdą. - Nie jestem stąd.
- Tego się domyśliłam. - warknęła. Odsunąłem się kilka kroków do tyłu.
- Spokojnie. - prawie się roześmiałem. Zamiast tego wyszło gorzkie parsknięcie. Nie chciałem z nią walczyć, to nie miałoby najmniejszego sensu dla żadnej ze stron. Zastanawiało mnie, skąd ona się tutaj wzięła. Nie wyglądało mi to na zamieszkiwane przez kogokolwiek tereny. - Nie chcę zrobić ci krzywdy. Nie teraz. - ból w łapie odezwał się po raz kolejny, tym razem zupełnie bez powodu. Musiałem ją podnieść, by nie okazywać tego po sobie. Niestety nic nie umknęło uwadze Elizabeth.
- Co ci jest w łapę? - zapytała, wskazując na najbardziej bezużyteczną część mojego ciała.
- Nic. Nieważne. - Chyba mi nie uwierzyła. Widząc, że rozmowa zeszła na niebezpieczne tory, natychmiast zmieniłem temat. - Będziemy dalej tak stać i się na siebie gapić?
- Jak wolisz. - wzruszyła ramionami. - Możesz już sobie iść.
- Wydaje mi się, że nie potrzebuję do tego twojej zgody. - stwierdziłem.
- Mylisz się. Znajdujesz się na terenie Sfory Psiego Głosu. - wytłumaczyła. - Albo do nas dołączysz, albo niestety będę musiała cię stąd przegonić.
- Jakiej sfory? - zmarszczyłem brwi. - Co to jest sfora?
- Słucham? - spojrzała na mnie ze zdumieniem. - Nie wiesz? To gdzie ty się wychowywałeś, co?
Rozmowa po raz kolejny zrobiła się niewygodna, więc jeszcze musiałem coś z tym zrobić.
- Daleko stąd. Wśród ludzi. - skłamałem, nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. Nie widziałem powodu, dla którego miałbym rozwodzić się na temat mojej historii. Nie miałem najmniejszego zamiaru zwierzać się nowej suczce i tłumaczyć jej, że nie miałem prawa wiedzieć takich rzeczy. Szczegóły takie jak utrata pamięci wolałem zostawić dla siebie.
- Teraz wszystko jasne. - odwróciła wzrok. Wyjaśniła mi, co to sfora i wówczas zdecydowałem się przyłączyć. Bo co innego miałem zrobić?
- I co teraz? - uniosłem brwi, nie siląc się na przyjazny ton.
- Na razie nie jesteś w Sforze.
- Jak to?
Skierowała oczy ku niebu.
- Nie ode mnie zależy ta decyzja. - Jej cierpliwość się kończyła. Moja zresztą również. Miałem dosyć całej tej rozmowy i zastanawiałem się, czy w ogóle dobrze robię dołączając do grupy zupełnie obcych psów.
Zaczynałem nowy rozdział swojego życia.
Elizabeth?
- Spacerowałem po okolicach. - przyznałem zgodnie z prawdą. - Nie jestem stąd.
- Tego się domyśliłam. - warknęła. Odsunąłem się kilka kroków do tyłu.
- Spokojnie. - prawie się roześmiałem. Zamiast tego wyszło gorzkie parsknięcie. Nie chciałem z nią walczyć, to nie miałoby najmniejszego sensu dla żadnej ze stron. Zastanawiało mnie, skąd ona się tutaj wzięła. Nie wyglądało mi to na zamieszkiwane przez kogokolwiek tereny. - Nie chcę zrobić ci krzywdy. Nie teraz. - ból w łapie odezwał się po raz kolejny, tym razem zupełnie bez powodu. Musiałem ją podnieść, by nie okazywać tego po sobie. Niestety nic nie umknęło uwadze Elizabeth.
- Co ci jest w łapę? - zapytała, wskazując na najbardziej bezużyteczną część mojego ciała.
- Nic. Nieważne. - Chyba mi nie uwierzyła. Widząc, że rozmowa zeszła na niebezpieczne tory, natychmiast zmieniłem temat. - Będziemy dalej tak stać i się na siebie gapić?
- Jak wolisz. - wzruszyła ramionami. - Możesz już sobie iść.
- Wydaje mi się, że nie potrzebuję do tego twojej zgody. - stwierdziłem.
- Mylisz się. Znajdujesz się na terenie Sfory Psiego Głosu. - wytłumaczyła. - Albo do nas dołączysz, albo niestety będę musiała cię stąd przegonić.
- Jakiej sfory? - zmarszczyłem brwi. - Co to jest sfora?
- Słucham? - spojrzała na mnie ze zdumieniem. - Nie wiesz? To gdzie ty się wychowywałeś, co?
Rozmowa po raz kolejny zrobiła się niewygodna, więc jeszcze musiałem coś z tym zrobić.
- Daleko stąd. Wśród ludzi. - skłamałem, nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. Nie widziałem powodu, dla którego miałbym rozwodzić się na temat mojej historii. Nie miałem najmniejszego zamiaru zwierzać się nowej suczce i tłumaczyć jej, że nie miałem prawa wiedzieć takich rzeczy. Szczegóły takie jak utrata pamięci wolałem zostawić dla siebie.
- Teraz wszystko jasne. - odwróciła wzrok. Wyjaśniła mi, co to sfora i wówczas zdecydowałem się przyłączyć. Bo co innego miałem zrobić?
- I co teraz? - uniosłem brwi, nie siląc się na przyjazny ton.
- Na razie nie jesteś w Sforze.
- Jak to?
Skierowała oczy ku niebu.
- Nie ode mnie zależy ta decyzja. - Jej cierpliwość się kończyła. Moja zresztą również. Miałem dosyć całej tej rozmowy i zastanawiałem się, czy w ogóle dobrze robię dołączając do grupy zupełnie obcych psów.
Zaczynałem nowy rozdział swojego życia.
Elizabeth?
piątek, 9 lutego 2018
Od Hamiltona CD historii November
- November? - popatrzyłem zaniepokojony na suczkę. - Hej, wszystko jest okay? - uniosłem jedną brew podchodząc do Gammy na odległość zdecydowanie zbyt bliską tak, że poczułem jej oddech na własnym pysku. Nie odsunęła się ani na centymetr. Odległość między naszymi pyskami z każdą chwilą stawała się coraz mniejsza, jakby któreś z nas naprawdę chciało to zrobić.
- Tak, chyba tak. Co miałoby być nie tak? - zmarszczyła brwi zmieszana.
- Wiesz. Pies wyglądający jak rasowy kanapowiec właśnie wybiegł z twojej jaskini przeklinając jak menel, któremu wypadła z rąk ćwiartka wódki. - zbadałem uważnie jej wzrok, a następnie całą ją, żeby sprawdzić, czy nie odniosła żadnych obrażeń.
- Czy ty właśnie sprawdzasz, czy oby nigdzie się nie wykrwawiam? - zapytała z udawanym oburzeniem w głosie.
Zrobiłem krok w tył.
- Dokładnie. Raczej powinienem się martwić o moją Gammę, co? - mruknąłem z lekkim uśmiechem puszczając jej oczko.
- To był mój kuzyn. Przyszedł, żeby mi się oświadczyć i mianować Betą Heaven Garden! - uniosła z satysfakcją wyżej łeb.
- Och tak... Heaven Garden... - ku jej uciesze pokiwałem z uznaniem głową. - Czy to nie czasem ta plajtująca sfora na południe stąd, gdzie Alfa tak naprawdę jest pieskiem ludzi, a prawowici sforzanie to pchlarze walczący między sobą o zgniłe mięso? - zmrużyłem oczy uśmiechając się lekko i patrząc jak cały entuzjazm z niej odpływa.
- Przecież nigdy bym się na to nie zgodziła! - burknęła.
- Nie chmurz się, Słoneczko. Żartowałem! Chociaż dobrze, że nas jeszcze nie opuszczasz. - parsknąłem z błyskiem w oku - Lady November może wybrać się ze mną do Jaskini Hokaya, czy ma jeszcze jakichś amantów do odrzucenia na dzisiejszej liście zadań?
November? Wybacz, że tak długo czekałaś.. ;-;
- Tak, chyba tak. Co miałoby być nie tak? - zmarszczyła brwi zmieszana.
- Wiesz. Pies wyglądający jak rasowy kanapowiec właśnie wybiegł z twojej jaskini przeklinając jak menel, któremu wypadła z rąk ćwiartka wódki. - zbadałem uważnie jej wzrok, a następnie całą ją, żeby sprawdzić, czy nie odniosła żadnych obrażeń.
- Czy ty właśnie sprawdzasz, czy oby nigdzie się nie wykrwawiam? - zapytała z udawanym oburzeniem w głosie.
Zrobiłem krok w tył.
- Dokładnie. Raczej powinienem się martwić o moją Gammę, co? - mruknąłem z lekkim uśmiechem puszczając jej oczko.
- To był mój kuzyn. Przyszedł, żeby mi się oświadczyć i mianować Betą Heaven Garden! - uniosła z satysfakcją wyżej łeb.
- Och tak... Heaven Garden... - ku jej uciesze pokiwałem z uznaniem głową. - Czy to nie czasem ta plajtująca sfora na południe stąd, gdzie Alfa tak naprawdę jest pieskiem ludzi, a prawowici sforzanie to pchlarze walczący między sobą o zgniłe mięso? - zmrużyłem oczy uśmiechając się lekko i patrząc jak cały entuzjazm z niej odpływa.
- Przecież nigdy bym się na to nie zgodziła! - burknęła.
- Nie chmurz się, Słoneczko. Żartowałem! Chociaż dobrze, że nas jeszcze nie opuszczasz. - parsknąłem z błyskiem w oku - Lady November może wybrać się ze mną do Jaskini Hokaya, czy ma jeszcze jakichś amantów do odrzucenia na dzisiejszej liście zadań?
November? Wybacz, że tak długo czekałaś.. ;-;
Od Whatever'a CD historii November
Powoli oddalałem się od suczki. Chwilę później biegłem już przez pola. Zatrzymałem się dopiero gdy byłem zbyt zdyszany, by biec dalej. Wtedy zorientowałem się, że kilkukrotnie wyszedłem poza znane mi tereny. Spróbowałem skojarzyć elementy - nic. Chwilę się zastanowiłem. Mogłem spróbować wyłapać zapachy, co byłoby chyba najlepszym wyjściem. Jednak na moje nieszczęście znów zaczął padać śnieg i zatarł ślady. Postanowiłem poszukać sąsiednich terenów,które znałem. Po kilku godzinach dotarłem na skraj Lawendowego Pola. Zmierzałem w stronę mojego domu. Jednak nie spodziewałem się...
- November,obudź się! - powiedziałem do śpiącej w okręgu samicy gamma.
- Ups?- mruknęła i rzuciła się do ucieczki rozkopując lawendę. Nie biegłem za nią od razu. Odczekałem kilka minut i powoli ruszyłem śladem suczki. Z oddali widziałem jak siedzi przy urwisku. Powoli do niej podszedłem i lekko dotknąłem nosem.
- Cześć - szepnęła cicho. Spojrzałem na niebo słysząc grzmot. W naszą stronę zbliżały się czarne chmury
- Em... November,chyba musimy już iść - powiedziałem i łapą wskazałem na chmury. Wstała patrząc na mnie i głową pokazując, żebym szedł za nią. Biegliśmy najszybciej jak umieliśmy,lecz burza rozpętała się w połowie drogi do jaskini suczki. November szła pod wiatr. Zlokalizowałem w pobliżu inną jaskinię - zapewne niezamieszkaną. Barkiem szturchnąłem suczkę i pobiegłem w stronę kryjówki. Po chwili do mnie dołączyła i razem weszliśmy do środka przytulnej jaskini. Po dokładnym zwiedzaniu okazała się większa niż moja i November razem wzięte. Miała mnóstwo małych korytarzy
- No,no... Nieźle - mruknęła lustrując wzrokiem jaskinię jeszcze raz. Rozejrzałem się jeszcze raz i pokiwałem głową.
- A tak w ogóle, to co się wtedy stało? - zapytałem przypominając sobie widok jej zapłakanej twarzy.
November? Wena nie wróciła ;-;
- November,obudź się! - powiedziałem do śpiącej w okręgu samicy gamma.
- Ups?- mruknęła i rzuciła się do ucieczki rozkopując lawendę. Nie biegłem za nią od razu. Odczekałem kilka minut i powoli ruszyłem śladem suczki. Z oddali widziałem jak siedzi przy urwisku. Powoli do niej podszedłem i lekko dotknąłem nosem.
- Cześć - szepnęła cicho. Spojrzałem na niebo słysząc grzmot. W naszą stronę zbliżały się czarne chmury
- Em... November,chyba musimy już iść - powiedziałem i łapą wskazałem na chmury. Wstała patrząc na mnie i głową pokazując, żebym szedł za nią. Biegliśmy najszybciej jak umieliśmy,lecz burza rozpętała się w połowie drogi do jaskini suczki. November szła pod wiatr. Zlokalizowałem w pobliżu inną jaskinię - zapewne niezamieszkaną. Barkiem szturchnąłem suczkę i pobiegłem w stronę kryjówki. Po chwili do mnie dołączyła i razem weszliśmy do środka przytulnej jaskini. Po dokładnym zwiedzaniu okazała się większa niż moja i November razem wzięte. Miała mnóstwo małych korytarzy
- No,no... Nieźle - mruknęła lustrując wzrokiem jaskinię jeszcze raz. Rozejrzałem się jeszcze raz i pokiwałem głową.
- A tak w ogóle, to co się wtedy stało? - zapytałem przypominając sobie widok jej zapłakanej twarzy.
November? Wena nie wróciła ;-;
Od Elizabeth CD historii Commanda
- Jest już późno, Hami. Pójdę do domu. - ziewnęłam ostatni raz rozglądając się po jaskini Alfy i skierowałam się w stronę wyjścia. Mieliśmy za sobą dziś dużo pracy. Pora iść spać.
- O tej porze jest już niebezpiecznie.. Odprowadzę cię. - oznajmił mój zatroskany kuzyn.
Nienawidziłam kiedy to robił. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zaprzątał sobie mną głowę, a już szczególnie on.
- Nie, zostań. Znam drogę do jaskini. - przekręciłam oczyma.
- Lizzie.. - westchnął - Ile mam cię prosić, żebyś zamieszkała tutaj do czasu, aż nie zrobi się na terenach bezpieczniej... Jeśli nie chcesz spać tutaj, to pozwól się chociaż odprowadzić, uparciuchu.
- Nie ma mowy, Panie Alfo. Wiesz, że nie lubię słuchać rozkazów z góry. - uśmiechnęłam się słabo.
- To nie rozkaz. Proszę cię.. - zmarszczył brwi unosząc je lekko w górę i przybierając minę zbitego szczeniaka.
- Nie nalegaj, braciszku. - podeszłam do niego i liznęłam po kufie. - Dobranoc. Widzimy się jutro. - rzuciłam, a gdy byłam przy wyjściu odwróciłam się na moment. - Tylko nie próbuj za mną iść.
- Mówisz, masz.. - mruknął wiedząc, że za nic nie zmienię swojej decyzji.
- Dziękuję. - szepnęłam, choć nie byłam pewna, czy aby na pewno mnie usłyszał.
Kroczyłam przez las bez najmniejszego lęku, że się zgubię, jakbym znała go bardziej, niż własną jaskinię, własny dom, którym z resztą był. Od rzeki wiał łagodny wiatr, który kierował mnie wprost do złotego wodospadu. Jedynego jasnego miejsca o tej godzinie. Zaplanowałam tam krótki przystanek, a następnie prostą drogę z nurtem wody do odcinka Fioletowej Rzeczki, gdzie złoto znikało dając miejsce czystemu błękitowi. Uwielbiałam tamte jaskinie. Szczególnie upodobałam sobie jedną z większych, w której kiedyś mieszkała para Beta, Another Day i Geris. Od początku była przyzwoicie urządzona, trzeba ją było tylko lekko "dopieścić", żeby stałą się wymarzonym domem.
Stojąc przy wodospadzie i pijąc złotą wodę, podniosłam lekko wzrok i po drugiej stronie wody dostrzegłam niewyraźną sylwetkę psa. Momentalnie przestałam pić i postawiłam uszy, aby zebrać jak najwięcej informacji o nieznajomym. Nie wiedział, że tu jestem, bo wiatr był po mojej stronie. Szybko wychwyciłam, że był to pies średnich rozmiarów, który jakiś czas temu stoczył walkę. Miał problem z łapą. Ponadto, mogłabym sądzić, że ma coś nie tak ze wzrokiem, skoro jeszcze mnie nie zauważył. Do tej pory przecież nie podejmowałam próby ukrycia się, a oświetlenie tego miejsca tylko pomagało w dostrzeżeniu nie najmniejszej suki.
W jednej chwili, gdy pies się poruszył, zamarłam. Jego sierść.. Ta postawa... Był to najprawdziwszy Retriever. Rasa z której sama się składałam... Przynajmniej tak wyglądał. Czy możliwe, że... że to mój znienawidzony ojciec? Szybko odrzuciłam od siebie tę myśl. Coś mi mówiło, że mimo swojego opłakanego stanu, pies, który stał w pewnej odległości ode mnie mógł być w moim wieku. Gdy ten ruszył przed siebie, nie pozostało mi nic innego, jak go śledzić. Czego szukał na naszych terenach? Wszystko wskazywało na to, że zmęczony pies zamierza zatrzymać się w jednej z jaskiń przy Fioletowej Rzeczce. Wewnętrzny głos nakazał mi w tej chwili do niego podejść i zapytać o wszystko co wie, choć rozum krzyczał by nie wychylać się do czasu aż uzna, że jest w stanie pokonać go w walce. Nie bawiąc się już więcej w chowanego, podeszłam bliżej do psa i pozwoliłam, aby wiatr uniósł w powietrze mój zapach. Czujny toller niemalże od razu odwrócił łeb w moją stronę. Wyprostowałam się próbując odgadnąć jego wyraz pyska, po czym zrobiłam kilka kroków w jego stronę. Nie zamierzał uciekać, choć był odrobinę spięty, zapewne nadal w głowie miał wspomnienia z sytuacji podczas której zranił łapę. Pewnym krokiem podeszłam do intruza, który wyczuwając, że jestem suką, nieco złagodniał.
- Co tu robisz? - zapytałam ozięble, kiedy dzieliły nas raptem cztery kroki.
Przyjrzałam się uważnie jego pyskowi na tyle, na ile pozwolił mi na to blask księżyca. Nie opuszczało mnie te dziwne wrażenie, że już kiedyś go widziałam, ale nie potrafiłam przyczepić do niego żadnej metki.
Command?
Nienawidziłam kiedy to robił. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zaprzątał sobie mną głowę, a już szczególnie on.
- Nie, zostań. Znam drogę do jaskini. - przekręciłam oczyma.
- Lizzie.. - westchnął - Ile mam cię prosić, żebyś zamieszkała tutaj do czasu, aż nie zrobi się na terenach bezpieczniej... Jeśli nie chcesz spać tutaj, to pozwól się chociaż odprowadzić, uparciuchu.
- Nie ma mowy, Panie Alfo. Wiesz, że nie lubię słuchać rozkazów z góry. - uśmiechnęłam się słabo.
- To nie rozkaz. Proszę cię.. - zmarszczył brwi unosząc je lekko w górę i przybierając minę zbitego szczeniaka.
- Nie nalegaj, braciszku. - podeszłam do niego i liznęłam po kufie. - Dobranoc. Widzimy się jutro. - rzuciłam, a gdy byłam przy wyjściu odwróciłam się na moment. - Tylko nie próbuj za mną iść.
- Mówisz, masz.. - mruknął wiedząc, że za nic nie zmienię swojej decyzji.
- Dziękuję. - szepnęłam, choć nie byłam pewna, czy aby na pewno mnie usłyszał.
Kroczyłam przez las bez najmniejszego lęku, że się zgubię, jakbym znała go bardziej, niż własną jaskinię, własny dom, którym z resztą był. Od rzeki wiał łagodny wiatr, który kierował mnie wprost do złotego wodospadu. Jedynego jasnego miejsca o tej godzinie. Zaplanowałam tam krótki przystanek, a następnie prostą drogę z nurtem wody do odcinka Fioletowej Rzeczki, gdzie złoto znikało dając miejsce czystemu błękitowi. Uwielbiałam tamte jaskinie. Szczególnie upodobałam sobie jedną z większych, w której kiedyś mieszkała para Beta, Another Day i Geris. Od początku była przyzwoicie urządzona, trzeba ją było tylko lekko "dopieścić", żeby stałą się wymarzonym domem.
Stojąc przy wodospadzie i pijąc złotą wodę, podniosłam lekko wzrok i po drugiej stronie wody dostrzegłam niewyraźną sylwetkę psa. Momentalnie przestałam pić i postawiłam uszy, aby zebrać jak najwięcej informacji o nieznajomym. Nie wiedział, że tu jestem, bo wiatr był po mojej stronie. Szybko wychwyciłam, że był to pies średnich rozmiarów, który jakiś czas temu stoczył walkę. Miał problem z łapą. Ponadto, mogłabym sądzić, że ma coś nie tak ze wzrokiem, skoro jeszcze mnie nie zauważył. Do tej pory przecież nie podejmowałam próby ukrycia się, a oświetlenie tego miejsca tylko pomagało w dostrzeżeniu nie najmniejszej suki.
W jednej chwili, gdy pies się poruszył, zamarłam. Jego sierść.. Ta postawa... Był to najprawdziwszy Retriever. Rasa z której sama się składałam... Przynajmniej tak wyglądał. Czy możliwe, że... że to mój znienawidzony ojciec? Szybko odrzuciłam od siebie tę myśl. Coś mi mówiło, że mimo swojego opłakanego stanu, pies, który stał w pewnej odległości ode mnie mógł być w moim wieku. Gdy ten ruszył przed siebie, nie pozostało mi nic innego, jak go śledzić. Czego szukał na naszych terenach? Wszystko wskazywało na to, że zmęczony pies zamierza zatrzymać się w jednej z jaskiń przy Fioletowej Rzeczce. Wewnętrzny głos nakazał mi w tej chwili do niego podejść i zapytać o wszystko co wie, choć rozum krzyczał by nie wychylać się do czasu aż uzna, że jest w stanie pokonać go w walce. Nie bawiąc się już więcej w chowanego, podeszłam bliżej do psa i pozwoliłam, aby wiatr uniósł w powietrze mój zapach. Czujny toller niemalże od razu odwrócił łeb w moją stronę. Wyprostowałam się próbując odgadnąć jego wyraz pyska, po czym zrobiłam kilka kroków w jego stronę. Nie zamierzał uciekać, choć był odrobinę spięty, zapewne nadal w głowie miał wspomnienia z sytuacji podczas której zranił łapę. Pewnym krokiem podeszłam do intruza, który wyczuwając, że jestem suką, nieco złagodniał.
- Co tu robisz? - zapytałam ozięble, kiedy dzieliły nas raptem cztery kroki.
Przyjrzałam się uważnie jego pyskowi na tyle, na ile pozwolił mi na to blask księżyca. Nie opuszczało mnie te dziwne wrażenie, że już kiedyś go widziałam, ale nie potrafiłam przyczepić do niego żadnej metki.
Command?
Subskrybuj:
Posty (Atom)